Kolekcja musi dawać przyjemność – rozmowa z Dionizym Piątkowskim

Dionizy Piątkowski – Entuzjasta i promotor jazzu. Autor wielu audycji radiowych i publikacji poświęconych temu gatunkowi, m.in. pierwszej w Polsce Encyklopedii Jazzu (1999). Od 25 lat organizuje cykl koncertów Era Jazzu, na który zaprasza największe światowe gwiazdy tej muzyki. Specjalnie dla Psychosondy zdradza szczegóły tegorocznej, jublieuszowej edycji imprezy, a także opowiada o swojej imponującej kolekcji winyli.

 

Jakub Krzyżański: Spotykamy się, ponieważ już 14 kwietnia wystartuje w Poznaniu kolejna, 25. odsłona koncertów z cyklu Era Jazzu. Czy z okazji tego ćwierćwiecza fani gatunku mogą liczyć na coś wyjątkowego?

Dionizy Piątkowski: Te 25 lat bardzo szybko przeleciało. Jak zaczynałem Erę Jazzu w 1998 roku, myślałem, że to będzie taka seria klubowych koncertów i tylko czasem pojawi się koncert galowy z większą gwiazdą. Tymczasem jako Era Jazzu zorganizowaliśmy około 300 koncertów, z czego połowa to występy absolutnych legend: od Herbiego Hancocka zaczynając, a na Dianie Krall kończąc. Do tego masa artystów, którzy są absolutnie nieznani na rynku polskim, ale świetnie funkcjonują w Stanach i Europie Zachodniej. I kiedy zorientowałem się, że w tym roku wypada 25-lecie, były dwie wersje, jak to uczcić. Pierwsza to jeden, duży galowy koncert, druga to rozłożenie celebracji na cały rok. I ten pomysł wygrał. Zaczynamy wiosną, 14 kwietnia w poznańskim Centrum Kultury Zamek, koncertem czołowego przedstawiciela młodej polskiej sceny jazzowej, czyli grupy EABS. Natomiast 15 kwietnia odbędzie się premiera spektaklu muzyczno-teatralnego poświęconego Komedzie – „Nim wstanie dzień”.

Myślę, że czytelnikom Psychosondy zespołu EABS nie trzeba przedstawiać, ale chętnie dowiem się czegoś więcej na temat drugiego wydarzenia.

Nie będzie to tradycyjnie rozumiany spektakl teatralny, ponieważ najważniejszą rolę pełni w nim kwartet jazzowy Adama Kawończyka, który wykonuje kompozycje Komedy. Będą one do ilustracją odbywającego się na scenie monodramu, czyli historii samego Komedy, granego przez Michała Koselę. Wszystko dzieje się w pokoju szpitalnym w Los Angeles po wypadku artysty w Hollywood. Widzowie zobaczą bardzo pięknie udramatyzowany życiorys muzyka, odtworzony bardzo sugestywnie, ponieważ aktor przypomina głównego bohatera także fizycznie. Towarzyszy temu wyjątkowa ekspozycja graficzna oraz główny motyw muzyczny, czyli najpopularniejsza piosenka Komedy – „Nim wstanie dzień”.

 To na otwarcie edycji, a co planujecie później?

W ciągu roku będziemy mieli jeszcze trochę działań wydawniczych. Pojawi się m.in. książka „Komeda on records”, a także kolejna płyta Ery Jazzu. Jesienią, zgodnie z naszym kalendarzem koncertowym, zagramy jubileuszową galę w Auli UAM, na którą planuję zaprosić do wspólnego występu laureatów Nagrody Ery Jazzu oraz światową gwiazdę jazzu.

 Era Jazzu kończy 25 lat, ale Ty zajmujesz się promowaniem tej muzyki znacznie dłużej. Jak zmieniał się jazz i jego odbiór przez cały czas Twojej działalności?

Pamiętam, że jak zaczynałem organizować koncerty, to było chyba łatwiej. Były te tzw. słupy milowe, wielkie nazwiska, takie jak: Abey Lincoln, Toots Thielemans, Stéphane Grappelli i to wokół nich kręcił się cały świat. Potem pojawiło się pokolenie młodych (choć dziś już 60-letnich) artystów, jak np. Pat Metheny albo Winton Marsalis. A dziś mamy kolejną absolutną zmianę pokoleniową i ona dotyczy nie tylko wieku artystów, ale głównie postrzegania samej muzyki. Gdy słuchamy nowych nagrań i nowych zespołów, to mogę podzielić ich na tych, którzy konsekwentnie grają tak, jak w latach 60. grał John Coltrane, ale jest też potężna armia młodych, doskonale wykształconych muzyków, którzy czytają nuty i grają jazz energetyczny, elektryczny, a czasem bliski szeroko rozumianej muzyce klasycznej. Trudno przewidzieć, jaka będzie przyszłość tego jazzu. Może kiedyś stanie się on taką samą atrakcją, jaką dziś jest muzyka operowa? Zobaczymy.

 Skoro tyle się w ostatnich latach wydarzyło, to czy nie myślałeś o wznowieniu i uzupełnieniu swojej Encyklopedii Jazzu, którą po raz pierwszy wydałeś w 1999 roku?

Bardzo ciekawe pytanie. Dokładnie z takim samym zapukałem parę lat temu do mojego wydawcy, mówiąc, że świat jazzu poszedł do przodu, jest dużo nowych nazwisk i może warto by je dopisać, a usunąć tych „leśnych dziadków”, jak ja to nazywam, czyli np. faceta, który grał na banjo w zespole Louisa Armstronga, a dziś już nie jest tak istotny. No i mój wydawca powiedział tak: „Słuchaj, a kto to będzie czytać? Kto to kupi?”. Bo w momencie, jak wydaliśmy Encyklopedię Jazzu, pionierskie wydawnictwo w Polsce, nie było internetu i pamiętam, że wtedy napisanie jej było drogą przez mękę. Nie dlatego, że miałem trudności z pozyskaniem informacji, tylko ze skonfrontowaniem ich prawdziwości. Bo jedne źródło podawało, że dany artysta urodził się – rzucam – 21 lipca, a dwa następne, że 24 lipca i dla mnie to były dwa dni roboty, żeby to zweryfikować. Dziś wszystko wrzucamy w Wikipedię i znamy odpowiedź. Moja encyklopedia stała się dzisiaj, w dobie internetu, mało praktyczna. To fajna książka w bibliotece, ładnie wygląda, ale ja sam się łapię, że gdy czegoś szukam – jakiejś płyty, dyskografii, informacji – nie chce mi się wstawać z biurka, podejść do półki i znaleźć daną płytę. Wystarczy wpisać hasło w Google i wyświetla mi się wszystko, czego potrzebuję.

 Internet wpłynął nie tylko na przepływ informacji, ale również na sposób dostępu i dystrybucji muzyki. Jak oceniasz te zmiany?

Staram się z nimi pogodzić. Ja jestem z pokolenia longplayowego. Na okładkach płytowych, nie tylko jazzowych, nauczyłem się języka angielskiego. Pamiętam wiele płyt, w przypadku których mogę precyzyjnie zadeklamować tytuły utworów ze strony A, strony B, składy muzyków i poszczególne informacje z notek na okładce. Dziś, w czasach CD i streamingu, gdy spotykam mojego kolegę z radia i rozmawiamy o jakiejś nowej płycie, on – znawca muzyki – mówi o utworach: „Wiesz co, fajna jest siódemka i ósemka”. Nikt już się nawet nie sili, żeby nazwać ten tytuł i cokolwiek więcej powiedzieć. Stajemy się automatami. Dlatego cieszę się, że kilka lat temu longplaye wróciły do łask, bo byłem świadkiem, gdy w latach 80. ich rynek się kończył. Widziałem w Stanach, ale także w Europie i w Polsce na najróżniejszych bazarach pełne kartony płyt wystawione w pakiecie typu „20 płyt za 20 zł”. Wtedy rzeczywiście miałem obawy, że ta epoka nam minie.

 Rozumiem, że od początku nie byłeś zachwycony formatem CD? Opowiedz, jak wyglądał ten czas, gdy kompakty zaczęły wypierać winyle.

W 1984 roku, podczas mojego pobytu w Stanach, gościłem w wytwórni GRP Records. Larry Rosen, mój przyjaciel i jednocześnie szef tej wytwórni, dał mi w prezencie karton płyt kompaktowych. Oni byli pierwszą, amerykańską firmą, która wypuściła jazz na CD. Widziałem takie płyty rok wcześniej na targach Midem, gdzie prezentowano je jako ciekawostkę i szurano po blacie stołu, by pokazać, jak trwały jest ten nośnik. Kiedy Larry dał mi te kompakty, byłem przekonany, że to jakieś dziwactwo i że szybko moda na nie minie. Po powrocie do kraju rozdałem te płyty wśród moich znajomych audiofilów i dziennikarzy jako gadżety. Upłynął rok i zacząłem otrzymywać listy od pozostałych wytwórni, że zaprzestają wydawania albumów LP i od teraz koncentrują się tylko na kompaktach. Chcąc nie chcąc, założyłem sobie w studio specjalną półkę na płyty CD. W Polsce też zapanował na nie szał. Do tego stopnia, że z płytami CD i odtwarzaczem Phillipsa, który wtedy wyglądał jak kosiarka do trawy, jeździłem do radia, podłączaliśmy sprzęt i słuchaczom po drugiej stronie mówiliśmy: „Witamy państwa w audycji Muzyka z płyt kompaktowych”. Brzmi to kuriozalnie, zwłaszcza, że technologia przekazywania dźwięku w ogóle się nie zmieniała, ale sama świadomość, że prezenter nadaje muzykę z kompaktów robiła wrażenie. Na rok lub dwa dałem się nabrać na urok CD, ale po tym czasie wróciłem do wcześniejszego formatu.

 Zgadzasz się ze stwierdzeniem, że płyta winylowa to najlepszy nośnik dla muzyki jazzowej?

Jedna z moich najważniejszych płyt to longplay wydany w 1963 roku pt. „Ballads” kwartetu Coltrane’a. Posiadam również wersję CD, doskonałą zresztą. I różnica dla mnie, przy tego rodzaju akustycznym jazzie, jest potworna. Z gramofonu otrzymuję dawkę takiego aksamitnego, gładkiego jazzu. Np. kontrabas brzmi przyjemnie, mięciutko. Słuchając CD czuję niby to samo, ale nie do końca. Jest taka sztampa, brakuje mi głębi. Jednak możemy robić takie porównania tylko w sytuacji muzyki akustycznej. Bo gdy pokazują się dźwięki elektryczne, to jest już bardziej skomplikowana zabawa w kanał lewy, prawy i inne cuda-wianki. Poza tym podczas słuchania longplaya mamy do czynienia z pewną celebracją. CD sprawiło, że muzyka nam spowszechniała.

 Kiedy umawialiśmy się na wywiad, powiedziałeś, że posiadasz ok. 50 tysięcy płyt. Pewnie wiele osób zazdrości Ci tak ogromnej kolekcji, ale czy nie bywa ona czasem zbyt przytłaczająca?

Coś w tym jest. Czasami przychodzą do mnie znajomi i mówią, że rozpoczynają kolekcjonowanie płyt i proszą o polecenie kilku tytułów na początek. Wtedy mówię, że obojętnie, jakie płyty, byle nie więcej niż 100. Wtedy przynajmniej jest pewność, że będą słuchane. Bo gdy ta liczba zostanie przekroczona, człowiek podchodzi do ściany i sam nie wie, co wybrać. Mam dokładnie ten sam dylemat. Na stole stosy zafoliowanych płyt, a nie ma czego słuchać. U mnie rytm słuchania jest taki: pojawia się nowa płyta, patrzę na okładkę, odkładam i po czasie do niej wracam. Słucham raz, a gdy coś mi się spodoba, to słucham drugi raz. A jeśli przesłucham trzeci, to musi to być bardzo dobra płyta (śmiech). Później odkładam ją na stół. Tam jest kwarantanna, bo czasem jeszcze wracam do tych płyt. Gdy płyta trafia na półkę, to jest to wyrok. Koniec. Wracam do niej tylko, gdy czegoś potrzebuję, np. do audycji lub koncertu Na tych półkach mam płyty, których nie dotykam od wielu, wielu lat…

 Czy masz jakiś własny system przechowywania płyt? Przy tak dużej liczbie to chyba konieczne.

Mamy duży dom, samo moje studio ma ok. 80 metrów. Kiedyś stolarz wymyślił koncepcję trzech ścian z przesuwanymi regałami, tam układam płyty alfabetycznie, a duże nazwiska osobno. Dodatkowo wyodrębniony polski jazz, muzyka klasyczna i etniczna. Wszystko jest do opanowania. Znajomi proponują, żebym to jakoś dodatkowo spisał i skatalogował, ale nie chcę, bo muzyka ma być dla mnie przyjemnością i hobby. Jak zacznę wkładać kartki, karteczki, prowadzić katalogi to stanę się bibliotekarzem we własnym pokoju! Pamiętam, jak w latach 70. poleciałem do Stanów Zjednoczonych i odwiedziłem L