Nat King Cole  jeden z najgenialniejszych wokalistów muzyki rozrywkowej. Podobnie jak Louis Armstrong swoją muzyką przekraczał wszelkie podziały między miłośnikami list przebojów a zwolennikami jazzu, pomiędzy rock and rollowcami a wielbicielami muzycznej komercji, miedzy muzyką bogatych „białych” a „czarnych” z amerykańskich przedmieść. Wszystkich uszczęśliwiając swoim śpiewem !

Ojciec Nathaniela Cole’a był pastorem Pierwszego Kościoła Baptystów, i jego rodzina cieszyła się uprzywilejowaną pozycją w czarnej społeczności. W 1921 r. Cole’owie przeprowadzili się do Chicago na fali masowego eksodusu czarnych szukających pracy w świetnie prosperujących miastach przemysłowej północy. Od czwartego roku życia Cole uczył się grać na fortepianie ze słuchu, naśladując matkę, kierowniczkę chóru. W wieku 12 lat zaczął uczęszczać na prywatne lekcje. Nie ustrzegło go to od wpływów jazzu, który rozbrzmiewał w Chicago na każdym rogu ulicy, a w szkole Cole’a roiło się od przyszłych gwiazd jazzu, jak Ray Nance, Eddie South czy Milt Hinton. Pierwszym znaczącym krokiem w karierze Cole’a był udział w trasie koncertowej wznowionego musicalu “Shuffle Along” (pierwszego przedstawienia stworzonego całkowicie przez czarnych, które z powodzeniem było wystawiane na Broadwayu); towarzyszył mu brat, kontrabasista. Jednakże w Los Angeles całe przedsięwzięcie się rozpadło i Cole został bez pracy. W końcu został zaangażowany do Century Club na Santa Monica Boulevard, gdzie schodzili się wszyscy okoliczni muzycy, i wkrótce wzbudził sensację. “Podobał się wszystkim muzykom – wspomina Robert “Bumps” Blackwell – skubany naprawdę potrafił zagrać! Był wyjątkowy”. W 1939 r. Cole utworzył oryginalne ze względu na brak perkusji trio, z Oscarem Moorem na gitarze i Wesleyem Prince’em na kontrabasie. Podobnie jak gwieździe poprzedniej generacji, Fatsowi Wallerowi, Cole’owi udawało się łączyć utrzymaną w nowoczesnym stylu grę na fortepianie z sympatycznymi, często zabawnymi wstawkami wokalnymi. Z czasem piosenki Cole’a wysubtelniały, nabrały polotu, co w pewnym sensie odzwierciedlało nowe tendencje i aspiracje występujące w nowym pokoleniu młodych ambitnych Murzynów.

Ukoronowaniem tego nowego etapu w twórczości Cole’a i jednocześnie początkiem nowej kariery była piosenka “Straighten Up And Fly Right” nagrana przez niego w 1943 r. dla Capitolu, która zyskała rangę przeboju i wprowadziła Cole’a do grona popularnych wykonawców. W 1946 r. w wersji “The Christmas Song” pojawiły się smyczki i od tego momentu Cole o wiele mniej grał na fortepianie i coraz wyraźniej dryfował w kierunku muzyki popularnej, a wraz z nim wielu doskonałych aranżerów i dyrygentów, jak Nelson Riddle, Gordon Jenkins, Ralph Carmichael, Pete Rugolo i Bily May. Zanim jednak to nastąpiło, w latach 40. Cole zdążył jeszcze nagrać kilka wspaniałych utworów ze swoim triem, jak “Sweet Lorraine”, “It’s Only A Paper Moon”, “(Get Your Kicks) On Route 66” oraz “(I Love You) For Sentimental Reasons”. W 1948 r., kiedy Cole nagrał “Nature Boy” (nr 1 na amerykańskiej liście) w towarzystwie orkiestry Franka DeVola, było już dość oczywiste, że z wykonawcy jazzowego przeistacza się w jednego z najpopularniejszych śpiewaków tamtych lat; w 1950 r., gdy powstała najsłynniejsza piosenka Cole’a, “Mona Lisa”, (w pełnej przepychu aranżacji Nelsona Riddle’a wykonywanej przez orkiestrę pod kierunkiem Lesa Bextera), która przez osiem miesięcy utrzymywała się na pierwszym miejscu listy przebojów, proces ten został zakończony. W latach 50. nowe przeboje Cole’a wydawane na singlach, przeważnie ballady, płynęły nieprzerwanym potokiem: “Too Young”, “Faith Can Move Mountains”, “Because You’re Mine”, “Unforgettable”, “Somewhere Along The Way”, “Funny (Not Much), “Pretend”, “Can’t I”, “Answer Me, My Love”, “Smile”, “Darling Je Vous Aime Beaucoup”, “The Sand And The Sea”, “A Blossom Fell”, “When I Fall In Love” oraz “Stardust” (ponoć w ulubionej wersji samego kompozytora “Stardust”, Hoagy’ego Carmichaela). Ale Cole doskonale sobie radził także w szybszych, bardziej dynamicznych piosenkach (bez wątpienia dzięki swoim jazzowym korzeniom), jak “Orange Coloured Sky” (wykonywanej przez niego z towarzyszeniem  orkiestry Stana Kentona), “Walkin’ My Baby Back Home”, “Night Lights” oraz “Ballerina” Do jego najlepiej sprzedających się płyt długogrających z tamtego okresu należały: “After Midnight (nagrana przez Cole’a ze swoim triem), “Love Is The Thing”, która przez osiem miesięcy utrzymywała się na szczycie amerykańskiej listy przebojów, “Just One Of Those Things”, “Cole Espanol oraz “The Very Thought Of You”.

W latach 50-tych Nat King Cole próbował też swych sił jako aktor:wystąpił w rolach charakterystycznych w “Blue Gardenia”, “China Gate” oraz “Night Of The Quarter Moon”. Najefektowniej wypadł w filmie “St. Louis Blues” z 1958 r., gdzie zagrał W. C. Handy’ego. Cole (oraz Stubby Kaye) pojawił się także w westernie “Cat Ballou” z 1965 r. jako wykonawca ballad. Nie było jednak wątpliwości, że jego prawdziwym powołaniem są występy nie w filmach lecz na estradzie. Jedna z mniej znanych płyt Cole’a, nagrana z orkiestrą Counta Basiego, ale bez lidera (ze względu na warunki kontraktu) „Welcome To The Club: zawierała nadzwyczajne interpretacje “She’s Funny That Way”, “Avalon” oraz “Look Out For Love”. Tytułowa kompozycja napisana została przez Noela Shermana, który wraz ze swoim bratem, Joem, był także autorem “Mr Cole Won’t Rock And Roll”, zabawną piosenkę wykonaną przez jej adresata w przedstawieniu “Sights And Sounds” wystawionym we wczesnych latach 60. w 100 miastach Ameryki. Lecz to nie rock and rollowy repertuar tak drażnił  fanów Cole’a: o wiele więcej mieli do zarzucenia innej piosence braci Shermanów, “Ramblin’ Rose” z 1962 r. (która okazała się pierwszym od czterech lat wielkim przebojem Cole’a), wykonywanej, jak twierdzili, “z wiejskim zaśpiewem rodem z country and western”. Nie byli też zachwyceni piosenką “Those Lazy Hazy Crazy Days Of Summer” (“bezwstydna chała”), która w 1963 roku wdarła się do pierwszej dziesiątki amerykańskich przebojów. Inne zdanie miał Cole. Uważał, że po prostu “przystosowuje się do wymagań rynku, to wszystko. Problem w tym, że jak tylko ktoś zaczyna zarabiać na bardziej popularnych pozycjach, od razu słychać ze wszystkich stron, jaki to nie był świetny dawniej i że teraz serwuje tylko popłuczyny”. Na jednej z najlepszych pod względem dopasownia się wykonawców płyt Cole’a, ‘Nat King Cole Sings/George Shearing Plays’ z wczesnych lat 60., Cole wraca do piosenki z lat 40. “Let There Be Love” Iana Granta i Lionela Randa, która w jego wersji stała się przebojem w wielu częściach świata i należy do najmilej wspominanych utworów z jego repertuaru. Dzięki niej jakby powrócił do okresu, w którym zaczynał karierę, występując z małymi zespołami i akompaniując sobie na fortepianie. Z tą różnicą, że tym razem na fortepianie słyszymy nie jego, lecz George’a Shearinga (któremu towarzyszą wszędobylske na płytach Cole’a smyczki). W latach, gdy Cole poświęcił się rozrywce, jazzowi fani mogli jedynie w klubach posłuchać jego rewelacyjnej pianistyki kontynuującej tradycję Earla Hinesa, ale przetykanej nowymi brzmieniami be-bopowymi.

Gdyby nie oszałamiający sukces Cole’a w roli piosenkarza, niewykluczone, że znalazłby się w gronie mentorów nowego kierunku. Również ze względów pozamuzycznych, ponieważ be-bop narodził się m.in z poczucia dumy czarnych muzyków (a tej Cole’owi nie brakowało) i przyczynił się do wzrostu ich znaczenia w amerykańskim społeczeństwie. Ale równie skutecznie do tego procesu przyczynił się Cole swoją karierą. Przetarł bowiem szlaki dla innych popularnych wykonawców murzyńskich, “śniadych Sinatrów”, jak Charles Brown, Sammy Davis Junior, którzy udowodnili, że wyrafinowana sztuka nie jest tylko domeną białych. Choć przy swojej pozycji społecznej musiał się godzić na pewne kompromisy (czego nie rozumieli często wrogo do niego nastawieni aktywiści ruchu o równość obywatelską wczesnych lat 60.), w czasach, gdy uprzedzenia rasowe wzbudzały najgorsze instynkty, zachowywał się odważnie i z godnością. W 1965 r., zanim zmarł na raka płuc, przygotowywał adaptację sztuki Jamesa Baldwina “Amen Corner”. Zainteresowanie Cole’a dziełem należącym do radykalnej murzyńskiej liteartury wyglądało co najmniej dziwnie w zestawieniu z jego romantycznym medialnym wizerunkiem. Wszystko to pokazuje, że mamy do czynienia z nietuzinkowym artystą. Niewinny, łagodny głos Cole’a, którym sugestywnie przeciągał zgłoski należy do ważnych zjawisk czarnej muzyki amerykańskiej. O jego klasie świadczy też fakt, że obojętnie jak lukrowate były aranżacje, śpiewał z zaangażowaniem i autentyzmem. W 1991 r. jego córka Natalie Cole nagrała “Unforgettable” śpiewając razem z odtworzonym z taśmy głosem jej ojca. Zostawiając na boku kwestie smaku w przypadku takich nagrań “zza grobu”, nagranie jest o tyle interesujące dla tych, którzy nie znają oryginalnych płyt Cole’a, że na początku słychać jego wyrafinowany  wstęp na fortepianie, który uświadamia nam, ile harmonicznej kreatywności Cole wniósł do ówczesnej muzyki rozrywkowej. Być może najbardziej intrygującym aspektem muzyki Cole’a – podobnie jak muzyki Louisa Armstronga – jest jej zdolność do przekraczania podziałów: pomiędzy miłośnikami list przebojów a zwolennikami jazzu, pomiędzy rock and rollowcami a wielbicielami muzycznej komercji – wszyscy oni doskonale się przy niej bawią.

 

Dionizy Piątkowski