Sto lat temu urodził się geniusz nowoczesnego jazzu. Miles Davis (26.05.1926- 28.09.1991) – wybitny trębacz, kompozytor, innowator i twórca jazzu, artysta dla którego idom „jazz” przestał istnieć jako forma, koncepcja i wyzwanie. ”Michael Jackson jest jazzem” – kwitował pytania o istotę jazzu. Może właśnie dlatego przez prawie sześć dekad pozostawał artystą, bez którego w jazzie nie mogło wydarzyć się nic nowego. Nie zasklepił się tak jak inni wielcy w jednym stworzonym przez siebie stylu: zawsze był w awangardzie stylistycznych zmian, rewolt brzmień, koncepcji oraz swoistych, jazzowych mód.
W okresie współpracy z Charliem Parkerem sugerował ,,Birdowi” odejście od impulsywności bopu. Takie nowatorskie pojmowanie jazzu doprowadziło Milesa do przełomowych dla muzyki nagrań cool i współpracy z wybitnym aranżerem Gilem Evansem. Słynne kwintety i sekstety Milesa Davisa stały się niedoścignionymi wzorcami modern-jazzu. Nie bez powodu flagowy album „Kind Of Blue” jest syntezą tego wszystkiego, co najpiękniej przekazano muzyką w całej historii nowoczesnego jazzu i jest dzisiaj najpopularniejszym albumem tej muzyki. Kwintet, który tworzyli muzycy młodego pokolenia: saksofonista Wayne Shorter, perkusista Tony Williams, basista Ron Carter i pianista Herbie Hancock stał się dla Milesa Davisa forpocztą kolejnych stylistycznych rewolt a zrealizowane albumy kwintetu zostały uznane przez historyków jazzu za przełomowe i najważniejsze nagrania jazzu lat 60-tych. Dla nowej koncepcji otoczył się nie tylko elektronicznym instrumentarium, ale dobrał także znamienitych muzyków: pianistów Herbiego Hancocka, Chicka Coreę, Keitha Jarretta i Joe Zawinula, gitarzystę Johna McLauhlina, basistę Dave’a Hollanda oraz perkusistówi Airto Moreirę i Billy’ego Cobhama. Album „Bitches Brew” stał się swego rodzaju manifestację nadchodzącego elektronic – jazzu i koncepcji „fusion”, która zawładnęła jazzem przez kolejne dekady. Z jednej strony realizował album z przebojami „Time After Time” Cyndii Lauper i „Human Nature” Michaela Jacksona, z drugiej przedstawiał sesję „Tutu” ze wspaniałymi improwizacjami swojej syntezatorowej trąbki oraz gościnnym udziałem… polskiego skrzypka Michała Urbaniaka.
Albumy „We Want Miles”, „Star People Decoy”, „You’re Under Arrest”, „Tutu” stanowią w twórczości Milesa stylistycznie całość, w której starał się połączyć tradycję modern-jazzu z elementami charakterystycznymi dla muzyki popularnej końca XX wieku. Miles Davis pracował odtąd według własnych upodobań i reguł, niewiele koncertował, nagrywał kiedy uznawał to za stosowne, sporo czasu poświęcał na malowanie. Pod koniec życia powstały urokliwe i nawiązujące do stylistyki jego współpracy z Gilem Evansem albumy realizowane z orkiestrami Quincy Jonesa czy pionierski – bo odkrywający stylistykę hip-hopowego jazzu, wydany pośmiertnie, album „Doo Bop”. Można zatem w twórczości Milesa Davisa, wyznaczyć amplitudę jego muzyki: w czasie współpracy z Charliem Parkerem odchodził od impulsywności be-bopu i doprowadził swój jazz do wybitnych nagrań cool – jazzu i zorganizowania tandemu Miles Davis – Bill Evans. W kolejnym okresie, a więc w erze słynnych kwintetów Milesa (zwłaszcza tych z Johnem Coltranem i Billem Evansem), wzrastała w jego twórczości skłonność do improwizacji modalnej. Kolejnym wielkim „jazzowym zamieszaniem” była kreacja ,,electric – jazzu ” lat siedemdziesiątych i przełomowe nagrania „Bitches Brew” oraz oczywisty muzyczny drogowskaz z końca XX wieku – album „Doo Bop”.
Miles Davis jest jednym z nielicznych jazzmanów, dla których określenie geniusz jest adekwatnym odniesieniem dla artystycznego dorobku. Należał do najbardziej porywających i sugestywnych solistów w całej historii jazzu, obdarzony był niebywałą charyzmą i intuicją, dzięki którym potrafił wyławiać największe talenty do swoich zespołów i kreować – już wspólnie – nowatorskie koncepcje. Ekscentryczność i geniusz Milesa Davisa stawia go w pozycji wybitnego jazzmana, kompozytora, aranżera, lidera i wreszcie jazzowego symbolu XX wieku. Miles Davis dwa razy odwiedził Polskę: zagrał na Jazz Jamboree w 1983 i 1988 roku. Ten pierwszy koncert był szczególny i zapadł w pamięć również Milesowi. W autobiografii napisał, że był pod olbrzymim wrażeniem już na lotnisku – gdy zobaczył że wszyscy mają wpięty znaczek „We Want Miles” i gdy po koncercie cała Sala Kongresowa odśpiewała mu „Sto lat”. Pamiętam ten koncert i ja.












