Jazz wraz z jego estradowym światem jest skarbnicą anegdot, przygód i nieprzewidywalnych sytuacji. Jedni artyści świetnie się przy tym bawią, inni są powściągliwi, jeszcze inni enigmatycznie skupieni wyłącznie na swojej sztuce. Ale muzyka jazzowa, z istoty będąca emocją nastroju oraz nieokiełznanej improwizacji, staje się z czasem stylem i rytmem życia,
Najserdeczniej wspominam koncerty, miejsca i zdarzenia, których bohaterem był David Murray, jeden z najznamienitszych saksofonistów jazzu. On nauczył mnie słuchania jazzu i takiego postrzegania świata, pracy i kariery, by zawsze wokół była muzyka. Urodzony w kalifornijskim Berkeley precyzyjnie wyrzeźbił swoje idiosynkratyczne dziedzictwo jazzowe na setkach nagrań i niezliczonych koncertach na całym świecie, grając u boku wszystkich: od McCoy Tynera i Jamesa „Blooda” Ulmera po słynny World Saxophone Quartet, którego był współzałożycielem. Dzisiaj David Murray postrzegany jest jako jeden z najgenialniejszych innowatorów współczesnego jazzu, eksperymentator nowojorskiej sceny loftowej, który pod koniec lat siedemdziesiątych – wspólnie z Hamietem Bluiettem, Oliverem Lake’m i Juliusem Hemphillem – założyli legendarny World Saxophone Quartet, jeden z najważniejszych (obok Art Ensemble Of Chicago) zespołów New Black Music. Ostatnie dekady to dla saksofonisty czas doskonałe przyjmowanych autorskich zespołów. Każda z tych formacji budzi na całym świecie wielki zachwyt, bowiem wszystkie zespoły Murray’a odznaczają się doskonale sporządzonymi, oryginalnymi aranżacjami oraz śmiałymi, świetnie skrojonymi partiami solowymi. Własne, całkowicie indywidualne produkcje Davida Murray’a noszą ślady jego rhythm and bluesowych i gospelowych korzeni oraz otwartość free-jazzowej swobody. Współpracował z Jamesem Carterem, Billy’m Bang’em, Jamesem Newtonem, Arthurem Blythem, Butchem Morrisem, Fredem Hopkinsem, Philem Wilsonem, Sunny’m Murray’em, Jackiem De Johnettem, Jamesem „Blood” Ulmerem, Cassandrą Wilson i Macy Gray. Otrzymał nagrodę Guggenheima, Grammy Award i wiele innych, prestiżowych wyróżnień, ale najbardziej wpływowa jest jego wszechstronność — chęć grania w różnych tradycjach i pokoleniach, łączenie awangardy z klasyką i improwizowanie wirtuozersko przez cały czas.
Spotkaliśmy się pod koniec grudnia 1979 roku w klubie w kalifornijskim Oakland. Po drugiej stronie zatoki wielkim światem migotało San Francisco, po naszej stronie muzyką, happeningami, zwariowanymi ideami „hippies” i „tower of power” dudnił kampus UCLA Berkeley. To wtedy David zaprosił mnie na swoja premierę jego nowego zespołu. Przyznać muszę, że bez większego entuzjazmu szedłem na ten koncert; ot kolejny jazzowy eksperyment studencki, czyli szukanie własnego artystycznego oblicza w przeintelektualizowanej improwizacji i muzycznych sztuczkach. Wiedziałem już wcześniej, po spotkaniach z weteranami kalifornijskiej Black Music – pianistą Edem Kelly’m, bębniarzem Simley’em Wintersem i lokalnym guru Jamesem Bronsonem Juniorem – że David poważnie włącza do swojej muzyki elementy artystycznej syntezy New Black Music, chicagowskiego AACM i nowojorskiego jazz loftu. Kiedy zatem na estradzie zobaczyłem czterech eleganckich gentlemanów, ubranych w nienagannie skrojone smokingi, dzierżących wszelkiej maści saksofony – wiedziałem, że będzie się działo. David przedstawił kolegów ( Hamiet Bluiett, Oliver Lake, Julius Hamphill ) jako World Saxophone Quartet i rozpoczął piękną, doskonale zaaranżowaną muzyczną podróż, która trwała kolejne dekady.
David zaskakiwał mnie wielokrotnie i to zawsze w kokonie jazzowego życia i przygody. Kiedy na początku lat dziewięćdziesiątych po raz pierwszy przedstawiałem polskiej publiczności ów legendarny World Saxophone Quartet, na estradzie pojawiło się … trio. Nasz bohater spóźnił się na samolot i gnał taksówką z Warszawy do Poznania. Kiedy zapraszałem zespół na estradę, taksówkarz dzwoniąc do mnie, dramatycznym głosem dopytywał się gdzie ta estrada, bo ma w samochodzie saksofonistę, który za kilkanaście minut ma koncert a do Poznania jeszcze 50 kilometrów. Koniec końców – World Saxophone Trio zagrało piękny i długi prolog, by już w kolejnym utworze na estradzie powitać Davida Murray. Oklaskom nie było końca. Nie zebrał za to moich oklasków za naganne prowadzenie się w Krakowie. Gdy po wspaniałym koncercie (z duetem braci Olesiów) w Centrum Sztuki Japońskiej Manggha poszliśmy na jam-session do klubu Indigo. Zmęczony wróciłem wcześniej do hotelu a David został przy suto zastawionym barze i rozpędzonym jam-session. Rankiem ogromnie skacowany entuzjastycznie opowiadał o koncercie a zwłaszcza o duecie z, jak to określił „niezłym skrzypkiem, który nawet nieźle mówił po angielsku”. Podał mi wizytówkę, z której oniemiały czytam – Nigel Kennedy !
Rozmawialiśmy o wielu ciekawych (i potem zrealizowanych) projektach: od koncertów z chórem gospel, „nagłym zastępstwie” ( chorego Johnny’ego Griffina) na Bielskiej Zadymce Jazzowej po duety z Henrykiem Miśkiewiczem, Piotrem Baronem i Sławkiem Jaskułke oraz ekspresyjną sesję z Marcinem i Bartkiem Olesiami (wydaną na płycie „Circle – Era Jazzu Live in Cracow”). Najciekawszy okazał powrót do naszych pomysłów z czasów Berkeley: David na jedyny koncert Ery Jazzu zaprosił do współpracy koleżankę z naszego kalifornijskiego okresu – Cassandrę Wilson i pokazaliśmy, w wypełnionej do ostatniego miejsca Sali Kongresowej, „Black Saint Quartet”- jeden z jego najważniejszych projektów.











