Wytwórnia Tangerine Records wydała długo oczekiwaną reedycję przełomowego albumu Jimmy’ego Scotta „Falling In Love Is Wonderful”. Chociaż limitowane edycje i nieautoryzowane bootlegi krążyły wśród kolekcjonerów od dekad, to wydanie oznacza oficjalny powrót albumu do wytwórni, w której powstał i po raz pierwszy od premiery w 1963 roku, jest on dostępny na płytach winylowych, wersji CD oraz w serwisach streamingowych na całym świecie. To znakomity dokument talentu jednego z  autentycznych, choć niedocenianych, wielkich wokalistów jazzu. Jimmy Scott  śpiewał wysokim, sopranowym głosem, który był efektem rzadkiej choroby genetycznej, syndromu Kallmanna (nie przeszedł mutacji).  Może właśnie jego niezwykle emocjonalne, przejmujące interpretacje ballad i songów tak bardzo wzruszają słuchaczy. Jimmy Scott był laureatem ważnych odznaczeń amerykańskiej kultury:  w 2007 otrzymał NEA Jazz Masters, uhonorowano go także  The Living Legend Award, słynną The Pioneer Award – National Association of Black Owned Broadcasters oraz nobilitującą   Lifetime Achievement Award – przyznawaną przez Jazz Foundation of America.

Jimmy Scott (17.07,1926-12.06.2014) pochodził z Cleveland, Ohio. Na początku kariery, jeszcze pod koniec lat 40-tych, występował jako Little Jimmy Scott z Orkiestrą Lionela Hamptona. Jego singiel  „Everybody’s Somebody’s Fool” dostał się  wtedy na liczne listy przebojów. Dopiero w 1955 roku nagrał autorski album „Very Truly Yours”, sporo koncertował i nagrywał. W dekadę  lat 50-tych i 60-tych nagrał znakomite albumy  “If You Only Knew”, “The Fabulous Songs Of Jimmy Scott“, “Falling In Love Is Wonderful“ i “The Source“. W latach 70-tych i 80- niewiele nagrywał i okazjonalnie koncertował. Zaproszony przez Lou Reeda wziął udział w nagraniu albumu „Magic And Loss”  oraz nagraniu piosenek dla Davida Lyncha do serialu i filmu „Twin Peaks”. Nagrania te pozwoliły słuchaczom przypomnieć zapomnianego wokalistę, który dopiero w latach 90-tych  ponownie stał się  w USA artystą popularnym a jego albumy – nagrane dla prestiżowej Sire Records – często znajdowały się na listach bestsellerów jazzu ( ”Doesn’t Love Mean More”, “Regal Records Live In New Orleans“, “All The Way“, ”Dream“, “Heaven”). Przełomowym momentem dla artysty był kontrakt z nobilitującą oficyną Milestone/Prestige Records. Zrealizowane w tych wytwórniach albumy „Mood Indigo”, „Over The Rainbow”, „But Beautiful”, Unchained Melody: Live In Japan” czy “Moon Glow”  gruntowały artystyczną pozycję charyzmatycznego artysty. Jimmy Scott  swoje wielkie sukcesy zaczął odnosić  dopiero gdy miał ponad  65 lat: poznał smak popularności oraz uznania, chętnie współpracował z innymi artystami a jego niezwykły głos docenili tacy artyści jak Lou Reed, David Byrne, Flea czy Anthony & The Johnsons. Wyjątkowy kunszt wokalny Jimmy’ego Scotta zapewnił mu oddanych fanów wśród najbardziej wpływowych postaci w muzyce i filmie: David Lynch żywił do Jimmy’ego tak głęboką sympatię, że obsadził go w utworze „Sycamore Trees” w finale „Twin Peaks”, Nick Cave poprosił Jimmy’ego o występ na swoim ślubie a  David Byrne, Flea i Lou Reed nagrywali z nim liczne sesje. Wśród jazzowych arystokratów, którzy wielbili Jimmy’ego Scotta, znaleźli się Quincy Jones, Billie Holiday, która wymieniła Scotta jako swojego ulubionego wokalistę oraz Nancy Wilson, która nazwała go „mistrzem ballad”. Washington Post podsumował tajemnicę niesprawiedliwego zapomnienia Jimmy’ego Scotta, pytając: „Dlaczego nie jest on tak powszechnie znany, jak liczne gwiazdy, które uległy jego urokowi ?”. New York Times opisał Jimmy’ego Scotta jako „najbardziej niesłusznie ignorowanego amerykańskiego wokalistę XX wieku”, zauważając, że „posiadał on prawdopodobnie najbardziej porywający, przenikliwy i potężny instrument wokalny w amerykańskiej muzyce popularnej”. Ta moc była widoczna już po premierze albumu „Falling In Love Is Wonderful” w 1963 roku. Legendarny producent Joel Dorn wspominał miażdżący odzew, gdy puścił go w radiu: „Przez siedem lat mojej pracy nadawczej nigdy nie spotkałem się z takim odzewem. Telefony się rozświetlały, prośby płynęły lawinowo. Ludzie dzwonili do stacji z łzami w oczach”. Jazz Times nazwał go „arcydziełem, którego majestatem dorównuje Johnowi Coltrane’owi, Johnny’emu Hartmanowi i utworowi Sinatry „In the Wee Small Hours”. Triumf był krótkotrwały: zaledwie kilka dni po tym, jak album trafił na półki, wytwórnia Scotta fałszywie twierdziła, że ​​nadal ma z wokalistą „dożywotni kontrakt”. Aby uniknąć prawnych komplikacji dla swojej raczkującej wytwórni, Ray Charles był zmuszony wycofać album z dystrybucji. Przez dekady płyta pozostawała „ukrytym skarbem” wśród kolekcjonerów.

Jimmy Scott zajmował szczególne miejsce w sercu Raya Charlesa, który założył Tangerine Records w 1962 roku i natychmiast podpisał kontrakt z wokalistą. „Jimmy Scott ma w głosie więcej bólu i piękna niż jakikolwiek inny wokalista na świecie” – twierdził Ray Charles. Pragnąc zapewnić Scottowi publiczność, na jaką zasługiwał, Ray Charles osobiście nadzorował każdy aspekt projektu wraz z producentem Joe Adamsem. To on opracował koncepcję albumu „Falling In Love Is Wonderful”, osobiście wybrał 10-ścieżkowy program ballad ze Scottem i zagrał na pianinie w każdym utworze. „Moim zamysłem był romans – opowiadał o tej szczególnej sesji Ray Charles. Romantyczna płyta, której można słuchać późno w nocy z ukochaną. Chciałem takiej, której można by słuchać w kółko, takiej, przy której nie można się nudzić, a nastrój pozostaje niezmienny”. Aranżer Gerald Wilson zauważył, że płyta to „naprawdę długa i intymna rozmowa między wrażliwym pianinem Raya a wrażliwym głosem Jimmy’ego”. Wspominając tę sesję, Jimmy  Scott wspominał twórczą synergię: „Nie sądzę, żebyśmy nagrali więcej niż dwa ujęcia jednego utworu. Nie było też dogrywek. Wszystko odbywało się na żywo. Skrzypkowie grali na skrzypcach, Ray grał, a ja śpiewałem. Ray stworzył prawdopodobnie najlepszą płytę, jaką kiedykolwiek nagrałem”.

Dionizy Piątkowski