Świat świętuje setną rocznicę urodzin geniusza jazzu. Miles Davis (26.05.1926- 28.09.1991) – wybitny trębacz, kompozytor, innowator i twórca nowoczesnego jazzu, artysta dla którego idom „jazz ” przestał istnieć jako forma, koncepcja i wyzwanie. ”Michael Jackson jest jazzem” – kwitował pytania o istotę jazzu. Może właśnie dlatego przez prawie sześć dekad pozostawał artystą, bez którego w jazzie nie mogło wydarzyć się nic nowego. Nie zasklepił się w jednym stworzonym przez siebie stylu:zawsze był w awangardzie stylistycznych zmian, rewolt brzmień, koncepcji oraz swoistych, jazzowych mód.
Historia Milesa Davisa nie tylko muzyka. To to opowieść o wzlotach i upadkach człowieka – jego walki z nałogami, walki o godność Czarnych w czasach segregacji rasowej w USA. Geniusz jazzu urodził się 25 maja 1926 roku w Alton, w stanie Illinois, w zamożnej rodzinie. Ojciec – dentysta, chciał by syn kontynuował jego karierę zawodową, ale zainteresowania muzyką kilkunastoletniego Milesa były zbyt głębokie by poddał się ojcowskiej ambicji. Co ciekawe, to właśnie ojciec podarował mu pierwsza trąbkę i namówił do nauki gry na tym instrumencie. Miles szybko opanował grę na trąbce i wkrótce związał się z wówczas popularną w Saint Louis, gdzie mieszkał, orkiestrą Eddie’go Randhalla. Przełomem dla młodego muzyka był, w roku 1944, przyjazd do St. Louis orkiestra Billy’ego Ecksteina z solistami-trębaczami, Dizzy’m Gillespiem i Charlie Parkerem. Osiemnastoletni wówczas Miles pobiegł na koncert z trąbką… i zastąpił jednego z chorych trębaczy orkiestry. Z Billy Eckstine Orchestra Miles Davis spędził dwa tygodnie grając wspólnie z Parkerem i Gillespiem. Jesienią 1944 roku ruszył do Nowego Yorku, by studiować w słynnej Julliard Scholl of Music, z której szybko zrezygnował i wpadł w wir jazzowego Nowego Jorku. Po roku był już trębaczem w zespole Charliego Parkera, w którym zajął miejsce D. Gillespiego. W roku 1948 roku był postacią znana i podziwianą, grał duże koncerty oraz nagrywał z elitą ówczesnego jazzu (m.in. z Colemanem Hawkinsem, Dizzy’m Gillespiem, Benny’m Carterem, Johnem Lewisem, Illinoisem Jacquett’em, Gerry’m Mulliganem). Dla młodego muzyka był to okres niezwykle bogaty w doświadczenia artystyczne, ale gwiazdy jazzu blokowały jego ultranowoczesne koncepcje. Przypadkowa sesja nagraniowa z pianistą i aranżerem Gilem Evansem odmieniła jego podejście do własnej kariery i skierowała jazz na zupełnie nowe tory. Muzyczne koncepcje jazzu Davisa i Evansa ujawniły się niebawem na „Birth Of The Cool” – jednej z najważniejszych płyt w historii jazzu Specyficzny, oszczędny styl jaki zaproponował Davis stał się modnym trendem nowoczesnego cool-jazzu. W miejsce dynamicznych dotąd fraz pogodnego be-bopu, młody trębacz proponował zupełnie inny sty: spokojny, subtelny i pełen muzycznych niedopowiedzeń.
W roku 1953 po raz pierwszy Miles Davis spróbował pokonać nałóg. Ważnym i oczyszczającym momentem było powstanie jego autorskiego Kwintetu, do którego zaprosił wybitnych instrumentalistów tamtych lat: Reda Garlanda, Johna Coltrane’a, Charlesa Mingusa, Paula Chambersa, Philly Joe Jonesa, Billa Evansa i Sonny’ego Rollinsa. To w tym muzycznym towarzystwie powstały przełomowe dla jazzu albumy „Cookin”, „Relaxin”, „Workin” oraz „Steamin’”. Miles Davis stał się znowu idolem amerykańskiego jazzu i niedoścignionym wzorem muzycznej ekstrawagancji. Uwielbiany przez publiczność i podziwiany przez muzyków stawał się, mimo woli, produktem pop-kultury. Liczne nagrody i prestiżowe wyróżnienia dopingowały go do realizacji nowych albumów. To z tego okresu pochodzą jedne z najwspanialszych albumów trębacza, który powrócił – pod kuratelą Gila Evansa – do koncepcji orkiestrowego jazzu. Albumy „ Miles Ahead”, „Porgy And Bess” a zwłaszcza legendarna „ Sketches Of Spain” weszły na zawsze do kanonu jazzu. Kolejnym, stylistycznym zwrotem w muzyce Milesa był jego słynny Sextet. Trębacz i kompozytor zaproponował dynamiczny hard-bop oraz rewolucyjną koncepcję improwizacji opartej nie jak dotąd na opracowaniu harmonii utworu, ale na niezależnych od harmonii skalach modalnych. Do współpracy zaprosił ponownie Coltrane’a, Evansa i Chambersa oraz Cannonballa Adderley’a i Jimmy’ego Cobba. Dla Davisa i jego muzyki był to okres budowania własnej pozycji na jazzowym panteonie i czas tworzenia nagrań, które stawały się wydarzeniami o historycznym znaczeniu. Do dzisiaj płyty „Milestones” oraz „Kind Of Blue” są syntezą tego wszystkiego, co najpiękniej przekazano muzyką w całej historii nowoczesnego jazzu a dla wielu krytyków i fanów jazzu „Kind Of Blue” jest najlepszą i najważniejszą płytą w historii jazzu.
Na początku lat sześćdziesiątych Miles Davis zaprezentował kwintet, który tworzyli muzycy młodego pokolenia: saksofonista Wayne Shorter, perkusista Tony Williams, basista Ron Carter i pianista Herbie Hancock. Nim do kwintetu doszedł Shorter (wcześniej saksofonista z grupy Arta Blakey’a) Miles zrealizował kilka nagrań z innymi saksofonistami ( z Hank’em Mobley’em – ” Friday And Saturday Night” oraz z George’em Colemanem – “My Funny Valentine„) . Albumy nowego kwintetu -„ESP”, „Miles Smiles”, „Sorcerer”, „Nefertiti” – zostały uznane przez historyków jazzu za przełomowe i najważniejsze nagrania jazzu lat sześćdziesiątych. Nagrania te stały się wzorcem współczesnego jazzu i punktem wyjścia dla młodego pokolenie jazzmanów w kolejnych dekadach. Jednak już na płycie ‘Filles De Kilimanjaro’” pojawiła się kolejna zapowiedź dramatycznej zmiany w stylistyce Davisa: trębacz zaczął przemycać do swojej muzyki elementy rocka, interesowało go także brzmienie gitary elektrycznej, zafascynowany był wirtuozerią Jimi’ego Hendrixa. Miles Davis doskonale zdawał sobie sprawę z potencjału muzyki, w której doszłoby do połączenie rockowych rytmów i brzmień ze złożonością i przestrzennością improwizacji jazzowej. Zaczął coraz bardziej „elektryfikować” swoje grupy i odważniej zmierzać w kierunku rocka: w zespole pojawiły się syntezatory, elektryczny fortepian i gitara elektryczna a sam Miles swoją grą wzmacniał elektroniką. Stąd w następną dekadę wchodził z zespołem, który nie pasował specjalnie do ortodoksji jazzu lat sześćdziesiątych. Nowe pomysły zawarte zostały w kolejnych nagraniach Davisa, zwłaszcza programowej „In A Silent Way„, w których coraz wyraźniej pobrzmiewała elektroniczna nuta. Wśród muzyków nowoczesnego, jazzowo-rockowego pokolenia pojawili się pianiści Herbie Hancock, Chick Corea, Keith Jarrett i Joe Zawinul, gitarzysta John McLaughlin, basista Dave Holland oraz perkusiści Airto Moreira i Billy Cobham. Wydarzeniem stał się, wydany w 1970 roku, podwójny album „Bitches Brew” stanowiący swego rodzaju przełom i jazzową manifestację nadchodzącego electronic-jazzu. Koncepcję tę Miles rozwinął na płytach „Jack Johnson”, „Live-Evil”, „On The Corner” i „Big Fun” – nagraniach, które fusion i jazz-rock wprowadzają na najwyższy artystyczny poziom. Nowa muzyka Milesa Davisa lat siedemdziesiątych stawiała trębacza w roli propagatora wszystkiego, co nowe i awangardowe. O prestiżu artysty świadczą nie tylko laury i nagrody, bestsellerowe nakłady albumów, lecz także współpracujące z nim grono wybitnych muzyków, którym odpowiadał elektroniczno-jazzowy patos awangardzisty-kreatora. Choć w następnych latach fusion Milesa nie oznaczał stagnacji, to coraz trudniej było mu przekazać coś muzycznie oryginalnego. Pojawiały się, co prawda, nowe nagrania „Agharta”, „Get Up With It” oraz wznowienia starszych, nie publikowanych sesji ( „Circle”), ale gwiazda Milesa jako idola jazzu bladła. Jazzowy celebryta oddalał się jednak coraz bardziej od jazzu, a problemy z życiu prywatnym sprawiły, że na kilka lat wycofał się z estrady jazzowej. Miles postanowił odpocząć: przez ponad pięć lat nie wziął do ręki trąbki.
Dopiero w 1980 podjął decyzje o powrocie na scenę: do nowego zespołu zaprosił młodego basistę Marcusa Millera. Dwuletnia współpraca z Davisem okazała się dla Millera prawdziwą szkołą jazzu. Realizując albumy „The Man With The Horn”, ”We Want Miles !” młody basista współpracował jednocześnie z Davidem Sanbornem oraz pracował nad własnymi, autorskimi projektami. „Miles zrobił dla mnie dwie bardzo ważne rzeczy – wspomina Marcus Miller. Po pierwsze, dał mi pewność siebie. Jeśli on docenia sposób, w jaki grasz, to nie obchodzi cię to, co mówią wszyscy inni. Po drugie, fakt, że grałem z Milesem, spowodował, że nagle wszyscy zaczęli zwracać na mnie uwagę. Zaś kiedy ludzie zwracają uwagę na to, co robisz, to bardziej się starasz, bo wiesz, że będziesz słuchany. To bardzo ważne. Kiedy pisałem muzykę dla Milesa, to wiedziałem, że będą jej słuchać miliony ludzi. Dzięki temu byłem bardziej skoncentrowany na tym, żeby stworzyć coś wyjątkowego. Miles nie mówił mi niczego, dzięki czemu stałem się lepszym muzykiem. Dzięki graniu jego muzyki też niekoniecznie stawałem się lepszy. Ale samo kojarzenie mnie z Milesem spowodowało, ze ten proces następował. Bo wszystko, co robiłem, było przez to bardziej istotne. Jestem mu za to bardzo wdzięczny”.
W roku 1981 Miles Davis powrócił albumem „The Man With The Horn” z brawurowym zespołem: gitarzystą Johnem Scofieldem i saksofonistą Billem Evansem. „Byłem wtedy w Nowym Jorku – wspomina Marcus Miller – nagrywaliśmy chyba demo dla jakiejś grupy, nie pamiętam już jakiej. Recepcjonistka ze studia dała mi kartkę z napisem „Zadzwoń do Milesa”. Zadzwoniłem i Miles kazał mi być w studiu Columbii za godzinę. To było fantastyczne, bo nie miałem czasu się zdenerwować czy rozmyślać, nie miałem czasu na nic. Skończyłem swoją sesję i pojechałem do studia Columbii. Tam spotkałem Milesa i w ciągu dwóch godzin brałem już udział w nagraniu „The Man With The Horn”. To była krótka piłka”. Pojawiła się wtedy niewielka korekta fusion-jazzowej stylistyki, która teraz była bliska pop-jazzowym produkcjom oraz przykładem jazzowego geniuszu Milesa. Z jednej strony realizował album z przebojami „Time After Time” Cyndii Lauper i „Human Nature” Michaela Jacksona, z drugiej przedstawiał album „Tutu” ze wspaniałymi improwizacjami swojej syntezatorowej trąbki oraz gościnnym udziałem polskiego skrzypka Michała Urbaniaka. „Znałem Michała, wiedziałem, że ma dobre, niecodzienne brzmienie, którego Miles wcześniej nie słyszał – wspomina Marcus Miller. Moim zadaniem było sprowadzać Milesowi muzyków, którzy by mu się spodobali. A nie było to łatwe. Dzwoniłem jedynie do ludzi, którzy mieli coś unikatowego do zaproponowania”.
Miles Davis w wielkim stylu powrócił na dawną pozycję gwiazdy oraz ikony współczesnego jazzu. Albumy „We Want Miles”, „Star People Decoy”, „You’re Under Arrest”, „Tutu” stanowią w twórczości Milesa skomplikowaną stylistycznie całość, w której starał się połączyć tradycję modern-jazzu z elementami charakterystycznymi dla muzyki popularnej końca XX wieku. Pracował odtąd według własnych upodobań i reguł, niewiele koncertował, nagrywał kiedy uznawał to za stosowne, sporo czasu poświęcał na malowanie. Pod koniec życia powstały urokliwe (i nawiązujące do stylistyki jego współpracy z Gilem Evansem) albumy realizowane z orkiestrami Quincy Jonesa. Tuż przed śmiercią Davis nagrał pionierski – bo odkrywający stylistykę hip-hopowego jazzu – album „Doo Bop”. To była klamra twórczości Milesa Davisa, wyznaczająca amplitudę jego muzyki.
Miles Davis jest jednym z nielicznych jazzmanów, których można obdarzyć mianem geniusza: oprócz tego, że należał do najbardziej porywających i sugestywnych solistów w całej historii jazzu, obdarzony był niebywałą charyzmą i intuicją, dzięki którym potrafił wyławiać największe talenty do swojego zespołu i wydobywać z nich to, co najlepsze. Już w okresie współpracy z Charliem Parkerem sugerował ,,Birdowi ” odejście od impulsywności bopu. Takie właśnie pojmowanie jazzu doprowadziło Milesa do wybitnych nagrań cool – jazzu i zorganizowania tandemu Miles Davis – Bill Evans. W następnym okresie, a więc w erze słynnych kwintetów Milesa (zwłaszcza tych z Johnem Coltranem i Billem Evansem), wzrosła w jego twórczości skłonność do improwizacji modalnej. Kolejnym wielkim „jazzowym zamieszaniem” była kreacja ,,electric – jazzu ” lat siedemdziesiątych i przełomowe nagrania „Bitches Brew” oraz oczywisty muzyczny drogowskaz z końca XX wieku – album „Doo Bop”. Był artystą bezkompromisowym i niezależnym a jego ekscentryczność precyzyjnie wmontowana była w jazz przedstawiając artystę w pozycji wybitnego jazzmana, kompozytora, aranżera, lidera i wreszcie jazzowego symbolu XX wieku. „Największym darem Milesa był jego gust – mówi w jednym z wywiadów Marcus Miller. Jego poczucie tego, co dobre, i co złe – w kwestii ubioru, doboru muzyków, samochodów, kobiet i w samych nutach. Wszystko, co go otaczało, było bardzo piękne i najwyższej jakości. To poczucie smaku miało tez wpływ na innych. Jeśli Miles uważał coś za fajne, rosły szanse na to, że wszyscy inni też tak będą sądzić. Nie ma wielkiej różnicy między muzyką a życiem osobistym”.
Miles Davis dwa razy odwiedził Polskę. Zagrał na festiwalach Jazz Jamboree w roku 1983 i 1988. Ten pierwszy koncert był szczególny i zapadł w pamięć również Milesowi. W autobiografii napisał że był pod olbrzymim wrażeniem już na lotnisku – gdy zobaczył że wszyscy mają w pięty znaczek „We Want Miles !”. Teraz muzyka Milesa pojawia się w projekcie Marcusa Millera „We Want Miles!” nawiązującym do legendarnego koncertowego albumu Milesa Davisa „We Want Miles!” nagranego w Japonii w 1981 roku. „Sięgniemy po muzykę ze wszystkich kluczowych okresów kariery Milesa – deklaruje Marcus Miller. Chcę również zabrać tę muzykę w przyszłość i odkryć kierunki, które Miles z pewnością doceniłby dziś. Miles nigdy nie oglądał się wstecz, zawsze był skupiony na tym, co przed nim. Jestem podekscytowany, że możemy tak oddać hołd Milesowi.”












