Festiwal jazzowy w Sopocie w 1956 roku był kluczowym wydarzeniem wieńczącym lata kreowania polskiego jazzu. Do festiwalowej legendy przeszedł epizod z niesionym w formie transparentów czterema wielkimi literami, które utworzyły w pewnym momencie słowo dupa. „Traktowaliśmy ten festiwal jak otwarcie drzwi na Zachód, do prawdziwego świata. Nasz własny świat był nędzny i zastępczy” – wspominał jeden z widzów historycznego festiwalu. Po śmierci Stalina, Poznańskim Czerwcu jazz stał się manifestem społecznym, kulturowym oraz obyczajowym. Koniec lat pięćdziesiątych śmiało zwać można nie tylko zmianą społecznej estetyki, politycznej formuły ora estetyki, ale także triumfem jazzu. Modna muzyka i towarzysząca jej obyczajowość, manifestowanie „nowym” oraz przeciwstawianie tej estetyki tradycyjnej, soc-realistycznej rzeczywistości tworzyła nową, także dla kultury, sytuację. Udane i na ogół przychylnie przyjęte festiwale jazzowe w Sopocie, utworzenie pisma „Jazz”, a nade wszystko szeroka aklamacja dla jazzu oraz jego twórców spowodowała, iż lata pięćdziesiąte stały się forpocztą nadchodzących zmian. Warszawa, Kraków, Łódź, Trójmiasto i Poznań odgrywać począł niepoślednią rolę w kreacji całej „polskiej szkoły jazzu”. Udział ekipy poznańskiej w przełomowym festiwalu w Sopocie w 1956 roku dobitnie ukazywał też jaki jest ten nasz jazz: z jednej strony reprezentowany był przez dixielandowy zespół Jerzego Grzewińskiego, który obok Melomanów i Pinokia należał do najlepszych, rodzimych grup tradycyjnego jazzu; z drugiej strony największą muzyczną sensacją Sopotu’56 był zespół Krzysztofa Komedy-Trzcińskiego, który po raz pierwszy w Polsce zaprezentował utwory jazzu nowoczesnego. 6 -12 sierpnia 1956 rozegrał się Pierwszy Ogólnopolski Festiwal Jazzowy w Sopocie. Wbrew oczekiwaniom, do 40-tysięcznego Sopotu przyjechało kilkadziesiąt tysięcy fanów buntowniczej muzyki, choć pawilon przy sopockim molo, gdzie odbywały się koncerty, mieścił zaledwie kilkaset osób. W mieście zabrakło miejsc noclegowych, jednak fanom, spragnionym jazzu, nie sprawiało to kłopotów i z niecierpliwością oczekiwali na otwarcie festiwalu. „Proszę państwa – zapowiadał Roman Waschko – to, co za chwilę usłyszycie, to muzyka trudna i ambitna. Przeznaczona jest wyłącznie dla koneserów, więc prosimy państwa o wyrozumiałość. Przed państwem Sekstet Krzysztofa Komedy-Trzcińskiego !”. Mało znany wówczas Sekstet Krzysztofa Komedy, imitował kondukt pogrzebowy tradycyjnego jazzu, zapowiadając tym samym własną erę nowoczesnego i awangardowego grania. Po przesławnym „boomie jazzowym” w Sopocie w 1956 roku atmosfera wokół polskiego jazzu nabrała znamion manifestu młodzieży, która festiwalem w Sopocie manifestowała koniec „katakumbowej” epoki polskiej kultury. Atmosfera pod nową kreację jazzu polskiego była przygotowana: fani i muzycy znali modne standardy jazzowe nadawane przez liczne radiostacje krajów Europy Zachodniej i program Willisa Conovera nadawany przez „Voice of America”. Również koncerty kwartetu Dave’a Brubecka (w 1958 roku) domykały klamrę zmian wieńczoną festiwalami w Sopocie w 1956 i 1957 roku.












