Z Dionizym Piątkowskim, twórcą Ery Jazzu, historykiem i popularyzatorem jazzu, autorem biografii „Czas Komedy” oraz dyskografii „Komeda on records” rozmawia Paulina Maria Wiśniewska

 

 Jak narodziło się wydarzenie Czas Komedy?

To jest czas, który sięga lat siedemdziesiątych. Wtedy po raz pierwszy, zaledwie kilka lat od śmierci Krzysztofa Komedy-Trzcińskiego, zorganizowałem w Poznaniu wspominkowe koncerty, które upamiętniały wybitnego kompozytora. Nie był to jeszcze czas ogromnej popularności Komedy, ani czas budowanie jego legendy, ale dla mojego pokolenia był to „bohater naszych czasów”. Komeda już wtedy jawił się, jako wybitny polski twórca jazzowy, stąd intencje były dla mnie niezwykle oczywiste. Każdego kwietnia, w rocznicę urodzin lub śmierci artysty, przygotowywane były okolicznościowe koncerty, głównie z udziałem poznańskich muzyków lub tych, którzy grali z Komedą. Imprezy te nazywaliśmy różnie: Dni Komedy, Komeda Day… Jeden z takich wieczorów utkwił mi w pamięci: to koncert „Komeda Memory”, który odbył się w salce BWA w połowie lat 70-tych a bohaterami kwartetu byli ówcześni studenci PWSM ( dzisiaj Akademii Muzycznej): pianiści Piotr Kałużny i Bogdan Jarmołowicz, basista Zbigniew Wrombel, perkusista Krzysztof Przybyłowicz i skrzypek Krzesimir Dębski.  Z tego komedowskiego kwartetu zrodził się potem zespół Warsztat a w konsekwencji dalszych zmian słynny String Connection. Krzysztof Komeda był już wtedy „modnym” artystą, choć nie był – tak jak jest to już teraz- artystą inspirującym, pojawiającym się w repertuarze innych, wybitnych rodzimych artystów. W latach 70-tych i 80-tych, okresie gdy budowała się najmocniej legenda Komedy niewielu polskich  muzyków sięgało po jego kompozycje a i dyskografia komedowska  jest  w tym okresie niezwykle uboga. Rozkwit i „granie Komedy” stało się specyficzną manierą i modą dla wielu – najczęściej młodszych – muzyków. Kiedy pracowałem nad dyskografią nagrań Krzysztofa Komedy, a więc takich, które zawierają kompozycja poznańskiego twórcy, zauważyłem, że dopiero po 2000 roku zapanowała moda oraz fascynacja  Komedą, która – z czego bardzie się cieszę – trwa do dziś.

Czas Komedy to najważniejszy w Poznaniu element honorowania postaci oraz muzyki wybitnego i kultowego polskiego artysty. To cykl niezwykłych imprez, pojawiają się gwiazdy, ale też młodzi fantastyczni muzycy jazzowi. Łączy ich miłość do muzyki Krzysztofa Komedy. Co ciekawe, niektórzy z nich przyznawali, że w kompozycjach Komedy zakochiwali się niejako z przymusu, ponieważ chcąc skorzystać z zaproszenia na Czas Komedy musieli zagrać coś z jego utworów, czyli w praktyce, musieli się z nimi zapoznać. W efekcie te kompozycje zawitały już na stałe w repertuarze wielu wybitnych światowych jazzmanów.  To miłe, zwłaszcza dla nas, poznaniaków. I dla Pana, który z taką energią od lat promuje naszego twórcę.

Pomysł koncertów komedowskich sprzed dekad jest cyklicznie realizowany, gdy mój cykl Czas Komedy wszedł w obieg festiwalowy Ery Jazzu. Od 2015 roku  stał  się samodzielnym projektem prezentującym geniusz muzyki Krzysztofa Komedy. Rzeczywiście, to  najważniejszy w Poznaniu element honorowania postaci oraz muzyki wybitnego i kultowego polskiego artysty. Wśród nieszablonowych  koncertów przedstawiłem muzykę Krzysztofa Komedy w interpretacji m.in.  norweskiego Espen Eriksen Trio, katalońskiego  Dani Perez Trio, austriackich kameralistów Radio String Quartet oraz autorskie projekty Weezdob Collective, Dawida Tokłowicza, Piotra Schmidta, Aresa Chadzinikolau, Jana Ptaszyna Wróblewskiego, Gritt Ensemble, trio Andrzeja Jagodzińskiego czy  węgierskiego Bence Vas Trio. Pokazałem także premierę spektaklu muzycznego „Komeda: Nim wstanie dzień” oraz – po raz pierwszy w Poznaniu  zaprezentuję „Śpiewnik Komedy”. To muzyczne spotkanie trio pianisty Macieja Tubisa i aktorki-wokalistki. Niepowtarzalne, pełne emocji brzmienie Tubis Trio, doskonała estradowa elokwencja i talent wokalistki sprawiają, że muzyka Komedy nabiera nowych wartości oraz estetycznych odniesień. Niebanalna forma, brzmienie i nastrój koncertu oraz kultowe  teksty  Agnieszki Osieckiej i Wojciecha Młynarskiego odkrywają piosenki Komedy w nowej, współczesnej rzeczywistości.  Magdalena Kumorek – znana z filmów „Poranek kojota”, „Układ zamknięty” oraz serialu „Przepis na życie” – wnosi  swoją osobowością wrażliwość na synergię słowa i melodii w piosenkach Komedy. Uwodzi publiczność niezwykłym, osobistym oraz pełnym emocji autorskim projektem. Realizacja tak wysublimowanego pomysłu możliwa była jedynie w udziałem  utalentowanego pianisty, który w komedowskiej estetyce, melodii oraz wrażliwości odnajduje się najpełniej. Repertuar Krzysztofa Komedy jest u Macieja Tubisa probierzem elegancji, wrażliwości, subtelnej estetyki i niezwykle precyzyjniej elokwencji pianisty. W tym roku przypada 95-rocznica urodzin Krzysztofa Trzcińskiego Komedy (27.04.1931 – 23.04.1969) stąd niezwykle uroczysty charakter naszego koncertu.

Kto z goszczących na tym wydarzeniu jazzmanów najbardziej zapadł Panu w pamięć?

Staram się zainteresować kompozycjami Komedy wielu muzyków. Jest to niezwykle trudne, bowiem zazwyczaj artyści mają już własny repertuar koncertowy i nie bardzo interesuje ich przygotowywanie nowych koncepcji koncertu. Dlatego cykl „Czas Komedy” stał się dla mnie specyficznym, ambicjonalnym projektem, z wysoko zawieszoną poprzeczką: namawiam muzyków z zagranicy, by do swojego repertuaru włączali kompozycje poznańskiego artysty. Najłatwiej, gdy muzycy sami już wcześniej sięgnęli po Komedę: tak było w przypadku wiedeńskiego kwartety kameralistów Radio String Quartet czy pochodzącego z Arrgentyny gitarzysty Dani’ego Pereza. Ale najpełniej trud pracy ukazał projekt z norweskim trio Espena Eriksena. Od dekad szukam wszelkich komedowskich odniesień i stąd ten „norweski trop”, który pojawił się na sesji Espen Eriksen Trio w 2012 roku i w konsekwencji  doprowadził do zaproszenie muzyków na Erę Jazzu oraz przygotowanie specjalnego, komedowskiego repertuaru. W 2012 roku ukazał się ich album “What Took You So Long” i szczególną uwagę zwróciłem wtedy na kompozycję “ Komeda”, którą pianista skrył pośród innym tytułów. Tak rozpoczyna się historia, która swój wspaniały finał miała podczas festiwalowej Ery Jazzu w 2021. Przez dwa lata namawiałem pianistę, by podjął się zagrania Komedy, wysyłałem nuty i nagrania by kilka miesięcy przed festiwalem Ery Jazzu otrzymać akceptację mojego pomysłu. Nasycona skandynawską estetyką, a zarazem nawiązująca do europejskiej klasyki muzyka, pełna była wywołującej refleksje melancholijnej zadumy. Obcowanie na żywo z muzyką Espena Eriksena okazało się doprawdy niezwykłym przeżyciem. Obok dedykowanej Krzysztofowi Komedzie przez norweskiego pianistę kompozycji „Komeda”, usłyszeliśmy też przepiękną wersję kołysanki z filmu „Rosemary’s Baby” i „Szarą kolędę”, które to utwory muzycy przygotowali specjalnie z myślą o poznańskim koncercie. Wiele miesięcy po tym koncercie Espen Eriksen poprosił  mnie o zarchiwizowane nagranie tego koncertu i wybrał  „naszą”, koncertową wersją słynnej kołysanki „ Sleep Safe and Warm”  z filmu Romana Polańskiego „Rosemary’s Baby” i  włączył do nowego, koncertowego albumu „In The Mountains”. Entuzjastyczne recenzje płyty  a zwłaszcza  „kołysanki Komedy” spływające z całego świata otworzyły przed norweskim trio światowe estrady a nasz pomysł stał się zaczątkiem jego, wzbogacanego kompozycjami Komedy, repertuaru. W Japonii album plasował się przez wiele tygodni na pierwszym miejscu sprzedaży płyt jazzowych a brytyjski krytyk BBC napisał, że jest to „cudownie rzewna  płyta jazzowa, porzucona przez zagubioną sztukę melodyjnego minimalizmu, zrealizowana przez wspaniałych muzyków”. 

Jak udało się tę imprezę zrealizować w mało jazzowym Poznaniu?

Upór, konsekwencja, desperacja oraz ambicja nie licująca często z realiami. To jest trudny temat, bowiem z perspektywy kraju słyszę zachwyt i gratulacje, że Czas Komedy i wszystko co robię wokół Komedy, jego muzyki i pamięci jest imponujące i nieszablonowe. Niestety, przez lata decydenci miasta Poznania nie wsparli mojego projektu, tak jakby Komeda był Poznaniowi obojętny. Co ciekawe, wśród imprez komedowskich pielęgnujących oraz podtrzymujących pamięć o wybitnym poznańskim kompozytorze i jego muzyce na szczególną uwagę i szacunek zasługują nie tylko okolicznościowe „dni Komedy” oraz liczne koncerty, ale przede wszystkim zwarte i stałe imprezy festiwalowe, dla których Krzysztof Komeda-Trzciński jest nie tylko programowym idiomem, ale także pretekstem do prezentacji jego muzyki. Najważniejsze festiwale komedowskie odbywają się w Ostrowie Wielkopolskim (Jazz w Muzeum oraz Festiwal Muzyki Filmowej Krzysztofa Komedy), Warszawie (Festiwal Muzyki Filmowej Krzysztofa Komedy), poznański Czas Komedy oraz odbywający się od trzydziestu lat w Słupsku, Komeda Jazz Festival. Regionalna pamięć o muzyku ma swoje naturalne odniesienie do miejsc i miast, w których bywał Krzysztof Trzciński: w Poznaniu Komeda się urodził, studiował, tutaj założył legendarny Sekstet; w Ostrowie Wielkopolskim uczęszczał do gimnazjum, zdobył maturę, zafascynował się jazzem i grał w szkolnym zespole Karioka; w Warszawie zdobywał laury wybitnego muzyka i kompozytora oraz nagrywał i koncertował. W karierze artysty jest jeszcze Kraków (pełne wejście w nowoczesny jazz), Częstochowa (gdzie „zyskał” pseudonim Komeda), potem już wielki świat: Kopenhaga (koncerty w Montmartre Jazz Club), Stockholm (Golden Circle Club) i sława Hollywood. Dlaczego na tej mapie nie eksponuje się Poznań ? Nie wiem i nie potrafię racjonalnie uzasadnić opieszałości władz miasta. 

Krzysztof Komeda wprawdzie rozsławił się muzyką do filmu Romana Polańskiego „ Dziecko Rosemary”, ale szerszej jazzowej publiczności nie był znany. Pan dokonał tego, że polski jazzman stał się znany, a jego muzyka dociera do najdalszych zakątków globu. Polubili go też bardzo skandynawscy jazzmani. Czy czuje Pan wdzięczność z niebios, gdzie Krzysztof Komeda zapewne grywa na fortepianie dla innych jazzmanów w zaświatach?

Krzysztof Komeda funkcjonuje w świecie przede wszystkim jako kompozytor muzyki filmowej. Choć jego twórczość jest, w formie i fakturze,  jest muzyką jazzową – to Komeda nie jest postrzegany jako rasowy artysta jazzu. Komeda był doskonałym kompozytorem, zgrabnie wplatającym jazz w swój muzyczno-ilustracyjny patos. Za sukcesem jego muzyki stoją przede wszystkim brawurowe jazzowe interpretacje i muzycy, którzy do swoich projektów włączyli kompozycje polskiego artysty. Krzysztof Komeda, choć nigdy nie osiągnął absolutnej wirtuozerii gry na fortepianie, to wypracował rozległy język muzyczny i własny styl: niezwykle romantyczną kompilację be-bopu, cool-jazzu, awangardowej struktury free oraz niezwykłej słowiańskiej melodyki. To właśnie dla „szkoły jazzu komedowców”  ukuto termin „slavic kind of jazz”. W prostocie, powściągliwości i oszczędnym, ale precyzyjnym doborze środków wyrazowych znalazł Komeda siłę i wartości, które zadecydowały o niepowtarzalnym charakterze jego muzyki. Porównanie Komedy do tak różnych pianistów jak Bill Evans (klimat), Thelonious Monk (kompozycja), Bud Powell (technika i warsztat), a nawet McCoy Tyner to atuty ukazujące, jak oryginalnym kompozytorem i pianistą był Krzysztof Komeda-Trzciński. Z drugiej strony postać i twórczość Krzysztofa Komedy-Trzcińskiego urosła w Polsce  do rangi symbolu i legendy. Żaden inny polski jazzman nie wywarł równie ogromnego wpływu na nowoczesną, polską, muzykę jazzową, jak artysta z Poznania. Legendarny Sekstet Komedy zapoczątkował – na pierwszym jazzowym festiwalu w Sopocie, w 1956 roku – modę na nowoczesny jazz i fascynację tym gatunkiem. Tym samym tropem poszli inni kreatorzy polskiego jazzu, by z czasem stworzyć rozległy nurt budujący przez wiele, wiele lat zjawisko określane jako Polish Jazz. Ale Krzysztof Komeda najpełniej odnalazł się jako kompozytor muzyki ilustracyjnej: od wspaniałych etiud baletowych po rozległą dyskografię obejmującą muzykę do  kilkudziesięciu filmów najwybitniejszych reżyserów. Już w 1957 roku rozpoczęła się jego długoletnia współpraca z Romanem Polańskim. Pierwszym filmem Polańskiego, do którego Komeda napisał muzykę, był debiutancki obraz zatytułowany „Dwaj ludzie z szafą”, ostatnim „Rosemary’s Baby”. Był to moment przełomowy w życiu Krzysztofa Komedy, który ostatecznie porzucił medycynę i postanowił zostać profesjonalnym muzykiem i kompozytorem. O skali talentu artysty świadczy fakt, iż Komeda nigdy nie uczył się kompozycji, harmonii czy instrumentacji, a w swej twórczości kierował się głównie intuicją muzyczną. Honorowany najważniejszymi laurami i nagrodami w 1968 roku napisał muzykę do „Rosemary’s Baby”. Film ten przynósł sławę obu Polakom: dla Polańskiego był to moment zwrotny w jego karierze w Hollywood, dla Komedy początek profesjonalnej pracy, jako kompozytora muzyki filmowej. Wielkim przebojem stała się tytułowa ballada z filmu, która nominowana była do Golden Globe Awards i doczekała się wielu wspaniałych interpretacji.

Ale dlaczego to Komeda stał się frontmenem nowoczesnego jazzu w Polsce?

Przełom lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych był znamienny dla muzyki oraz  poznańskiego środowiska artystycznego. Czas Krzysztofa Komedy,  Jerzego Miliana,  Jerzego Grzewińskiego, Jana Wróblewskiego okazał się tak znaczący, iż odtąd wszelkie działania jazzowe w mieście nad Wartą, miały odniesienie do jazzowych lat pięćdziesiątych. Poznań, obok innych miast, stał się  wtedy ważnym centrum jazzowym oraz zaczął odgrywać wiodącą rolę w kreacji polskiej szkoły jazzu. Studenci z poznańskich uczelni,  skromny laryngolog – pianista Krzysztof Trzciński nieoczekiwanie – także i dla siebie- zawładnęli nowoczesną synkopą i nadali artystycznym poszukiwaniom powiew tej nieskrępowanej, osobistej oraz niezwykle impresyjnej muzyki. To był triumf jazzu w Poznaniu. Grupa muzyków związana z ruchem jazzowym Poznania lat pięćdziesiątych zaczęła  odgrywać znaczącą rolę nie tylko na lokalnym rynku muzycznym. Wielu poznańskich muzyków, a zwłaszcza tych, dla których jazz stał się ważną, twórczą przygodą, na wiele lat związało się z tym nurtem. Casus muzyki i twórczości Jerzego Grzewińskiego, Jerzego Miliana, Jana Ptaszyna Wróblewskiego, a przede wszystkim Krzysztofa Komedy-Trzcińskiego jest oczywisty. Jednak za tymi nazwiskami-sztandarami kryły się także jazzowe fascynacje wielu innych, poznańskich muzyków : Janusza Hojana, Benona Hardego, Józefa Stolarza, Jana Zylbera, Cezarego Dankowskiego, Zdzisława Brzeszczyńskiego, Wojciecha Lechowskiego, Stanisława Pudry, Kazimierza Renza, Romana Pahla, Ryszarda Czaplickiego, Zygmunta Połczyńskiego i wielu, wielu innych. Z początkiem 1956 roku powstał Sekstet Komedy, który kilka miesięcy później stał się sensacją artystyczną i wyznaczył stylistyczną drogę  dla rodzimego modern jazzu. W skład tej legendarnej już dzisiaj grupy weszli, związani z Poznaniem, muzycy: saksofonista altowy Stanisław Pludra, saksofonista barytonowy Jan Wróblewski, wibrafonista Jerzy Milian, basista Józef Stolarz, perkusista Jan Zylber oraz lider i pianista Krzysztof Trzciński. Udział ekipy poznańskiej w przełomowym festiwalu w Sopocie w 1956 roku dobitnie ukazywał też, w jakim miejscu jest jazz w Polsce i w Poznaniu. Z jednej strony, reprezentowany był przez dixielandowy zespół Jerzego Grzewińskiego, z drugiej  na estradzie  festiwalu jazzowego  po raz pierwszy zaprezentował się modern-jazzowy  zespół Krzysztofa Komedy-Trzcińskiego.

Życiorys Krzysztofa Komedy wydaje się być znany, bo i są książki /jednej z nich jest Pan autorem/, i filmy. Ale na pewno są jeszcze jakieś nieodkryte tajemnice… Udało się Panu wpaść na ich trop?

Zbierając przez dekady materiały o Komedzie trafiałem na tzw. smaczki, ale zazwyczaj dotyczyły one towarzyskiej sfery życia artysty. Spotkania i rozmowy z Zenobią Trzcińska – matką Komedy, Ireną Orłowską – siostrą Krzysztofa, Tomaszem Lachem – pasierbem Komedy, muzykami, z którymi koncertował i nagrywał :od Jana Ptaszyna Wróblewskiego, Tomasza Stańki, Jerzego Miliana po Andrzeja Dąbrowskiego i Czesława Bartkowskiego oraz liczne spotkania – często przypadkowe- z kolegami Komedy z okresu jego studiów w Akademii Medycznej oraz długich spotkań z Zofią Tittenbrun- Komedową – żoną artysty i Andrzejem Wróblewskim – managerem Sekstetu Komedy dostarczały wielu takich, często anegdotycznych, informacji. Ale w pracy nad książką „Czas Komedy”, moich licznych publikacjach starałem się przekazać autentyzm artysty i człowieka, tak by pisana biografia była rzetelną i prawdziwą opowieścią o Komedzie i jego czasach. Starałem się wytłumaczyć fenomen „czasu Komedy ”, owego specyficznego i dzisiaj już bardzo rozpoznawalnego hasła, które na wiele dekad wyznaczyło to, co najbardziej wartościowe  w polskim jazzie. Dokumentem tego czasu są zatem nie tylko sukcesy, jakie poznańscy muzycy odnieśli na estradach całego świata, wspaniała kariera Krzysztofa Komedy Trzcińskiego ale przede wszystkim muzyka, która stała się strażnikiem tego fenomenalnego zjawiska określanego zgrabnie  „czasem Komedy ”.

Śmierć Krzysztofa Komedy to zbieg smutnych okoliczności. Chociaż sam był lekarzem, nie zareagował odpowiednio, gdy zdarzył się ten fatalny wypadek. Od 1968 roku Trzciński przebywał w Los Angeles, gdzie pracował z Romanem Polańskim nad muzyką do filmów „Dziecko Rosemary” i Buzz Kulika „The Riot”. W grudniu tego roku, w Los Angeles, wraz z pisarzem Markiem Hłaską schodził ze skarpy. Podobno błotnistej. I podobno pisarz chcąc pomóc przyjacielowi w zejściu, jako że Komeda miał niesprawna nogę, kulał, wziął go „na barana”. Ale będąc w stanie nietrzeźwości, sam potknął się i zrzucił niesionego muzyka. Komeda upadł uderzając się w głowę. Przez kilka tygodni odczuwał różne dolegliwości, migrenę i bóle głowy. Jednak nie szukał pomocy w szpitalu. A przecież był lekarzem i te symptomy mogły go zaalarmować. Kiedy stwierdzono u niego krwiaka mózgu, było już za późno. Przewieziony przez żonę Zofię do kraju – zmarł w szpitalu w Warszawie. Podobno też Marek Hłasko bardzo to przeżył i miął wielkie wyrzuty sumienia, choć to był wypadek.

Okoliczności tragicznego wypadku, któremu uległ w USA Komeda jesienią 1968 roku owiane są mgiełką tajemnicy. Jedno w tym zdarzeniu jest pewne: upadek, który przydarzył się Krzysztofowi Trzcińskiemu w Hollywood, był bezpośrednią przyczyną śmierci. Najprzeróżniejsze, sensacyjne i plotkarskie wersje, które krążą na temat okoliczności wypadku, nie pozwalają dokładnie zrelacjonować tego, co było przyczyną poważnych obrażeń głowy, których doznał Komeda. Najczęściej mówiło się o upadku podczas przechadzki, upadku na nartach, a nawet upadku w pokoju hotelowym podczas towarzyskiego przyjęcia. Porzuciwszy więc plotkarskie domysły i spekulacje, poprzestaję na wersji, którą opowiedziała mi przed laty matka Komedy, Zenobia Trzcińska, która zaakceptowaną przez nią wersję usłyszała od rodziców Romana  Polańskiego oraz listownych wyjaśnień Elany Cooper, Amerykanki, z którą Krzysztof mieszkał w Hollywood. Prawdopodobnie, Krzysztof wybrał się z Markiem Hłasko na spacer w góry. W czasie wędrówki , nieznacznie kulejący, po przebytej w dzieciństwie chorobie Heine-Medina, poślizgnął się i upadł tak niefortunnie, że uderzył głową o kamień. Wskutek tego przypadkowego uderzenia stracił na moment przytomność, ale nic nie wskazywało na to, by pojawić miały się potem jakieś komplikacje. Hłasko zarzucił sobie Krzysztofa na szyję i tak krok po kroku schodził w dół. Niestety, po drodze Hłasko także się potknął i przewrócił z omdlałym Komedą. Potem  przez pewien czas przebywał w szpitalu i wydawało się, że niebezpieczeństwo minęło, jednak już po wyjściu ze szpitala zdarzało się, że tracił nagle przytomność i  równowagę. Podobno kiedyś upadł omdlony na klawiaturę. W grudniu 1968  pojechał na rekonwalescencję. W czasie tej kuracji jeździł także na nartach wodnych. Wstrząsy spowodowane taką jazdą doprowadziły wkrótce do tragedii. Nastąpił nawrót choroby, poddano muzyka operacji czaszki, po której w Wigilię 1968 roku stracił przytomność, by jej już nigdy nie odzyskać. W połowie kwietnia 1969 roku zapada decyzja, by nieprzytomnego Komedę-Trzcińskiego przewieźć do Polski. W tydzień później, nie odzyskawszy przytomności, 23 kwietnia 1969 roku, umiera.

Napisał Pan też książkę o Komedzie. Co najważniejszego chciał Pan przekazać o tym muzyku światu?

Przez lata zbierałem materiały ikonograficzne dotyczące ruchu jazzowego w Poznaniu szczególnie interesując się postacią Krzysztofa Komedy. Pierwszą próbą systematyzacji był cykl artykułów, jakie opublikowałem w miesięczniku Nurt. Pozornie praca nad książką mogła wyglądać – tak sobie to wówczas wyobrażałem – jako próba monograficznej i chronologicznej syntezy. Wnet okazało się jednak, że „Czas Komedy” byłby wtedy bliższy zestawieniu dokumentacyjnemu, niż książce o publicystycznym, wspominkowym charakterze. Przeważyła zatem druga koncepcja. Wyszedłem bowiem z założenia, że nawet ulegając pewnym uproszczeniom faktograficznym i płynności chronologicznej, uda mi się przedstawić przede wszystkim istotę tamtych, jazzowych lat. Celowo pominąłem wiele spraw, innym zaś nadałem szerszy wymiar. W opracowaniach typu monograficznego trudno wyzbyć się selekcji. Zrezygnowałem zatem z typowej, faktograficznej prezentacji, starając się nadać wypowiedziom prasowym i dokumentacyjnym cytatom znamiona narracji. Kierowałem się przy tym założeniem, by to właśnie cytowana wypowiedź najwierniej oddawała sens poruszanego problemu, prezentowanego epizodu i umiejscawiała go w konkretnym kontekście kulturowym, estetycznym i społecznym. Oparłem się zatem na artykułach, recenzjach, reportażach z prasy poznańskiej i ogólnopolskiej oraz prasy muzycznej. Starałem się dotrzeć do źródeł i materiałów faktograficznych. Przeprowadziłem liczne i długie rozmowy ze wszystkimi, którym hasło „jazz w Poznaniu” nie było obojętne. Szczególnie ważnymi były impresje Jerzego Miliana, Andrzeja Wróblewskiego oraz Zofii Komedowej, Aliny Grzewińskiej, Zenobii Trzcińskiej i Ireny Orłowskiej. Poprosiłem wybitnego amerykańskiego muzyka, Dave’a Brubeck’a, by napisał garść impresji związanych z jego legendarnym pobytem w Polsce, również w Poznaniu. Osadzona w realiach lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych książka, opowiedziana przez najbliższych Komedy, prezentuje fenomen muzyki, kariery i osobowości artysty. Dotarłem do informacji oraz materiałów, które uwiarygadniają „Czas Komedy” i ukazują okres twórczości Krzysztofa Trzcińskiego, jako ważny etap kreacji całej polskiej szkoły nowoczesnego jazzu.

Dopełnieniem ‘Czasu Komedy” jest także – Pana autorstwa – kompletna i pięknie wydana, kolekcjonerska dyskografia „Komeda on records”.

Nieoczekiwanie stała się także pierwszą, światową dyskografią naszego artysty i dumny jestem, że udało mi się zebrać wszystkie (?) płyty Krzysztofa Komedy. Oficjalna, autorska dyskografia Krzysztofa Komedy obejmuje zaledwie kilkanaście płyt, które ukazały się za życia artysty i które są dokumentem koncertowych prezentacji zespołów Komedy, zapisem nagrań radiowych oraz zwartymi  koncepcjami kompozytora lub rejestracją muzyki filmowej do filmów. W opracowaniu i komentarzach ująłem także nagrania i wydawnictwa skrywane dotąd w prywatnych archiwach oraz w studiach nagraniowych i taśmotekach radia. To właśnie te płyty stworzyły sporą dyskografię okolicznościowych wydawnictw oraz kompilacji. Niezwykle rozległą jest natomiast płytoteka uwzględniającą wydawnictwa, które powstały z inspiracji muzyką oraz kompozycjami Krzysztofa Komedy-Trzcińskiego. Polscy muzycy, nie tylko jazzowi, z lubością oraz kreatywnym zaangażowaniem włączają kompozycje Komedy do swoich prezentacji a lista ta jest imponująca: Tomasz Stanko, Michał Urbaniak, Zbigniew Seifert, Urszula Dudziak, Simple Acoustic Trio, Adam Wendt , grupa EABS, Adam Pierończyk i polsko-amerykańska The Komeda Project, Andrzej Jagodziński, Jan Ptaszyn Wróblewski, Maciej Obara, Leszek Możdżer, Wociech Sytaroniewicz, Leszek Kułakowski i wielu, wielu innych. Także w repertuarze muzyków spoza Polski pojawiają się kompozycje Komedy, ich autorskie interpretacje a nawet całe projekty komedowskie : od „Zatoczki” australijskiego saksofonisty Adama Simmonsa i „Komeda Project” Dani Perez Trio po nagrania pop-music, rocka i alternatywnej elektroniki.  W wiarygodnym portalu dyskograficznym Discos, hasło „komeda” pojawia się ponad tysiąc trzysta razy a „rosemary’s baby” odnotowano na płytach ponad trzy i pół tysiąca razy ! W popularnej wyszukiwarce Google  hasło „komeda” ma prawie 4 miliony linków, a „rosemary’s baby” ponad dwa miliony odsłon. Liczby te świadczą nie tylko o ogromnej popularności polskiego artysty i jego kompozycji, ale wskazują niekończącą się listę nagrań, płyt, interpretacji, pomysłów i projektów związanych z muzyką Poznaniaka.

Dlaczego jest tak mało muzyki Komedy w repertuarze światowych muzyków? Przecież zagraniczni muzycy towarzyszyli mu w jego projektach. Na Zachodzie ukazywały się jego płyty…

Być może zaskoczeniem będzie tutaj fakt, iż pierwsza taka płyta ukazała się w USA już w 1967 roku.Temat przewodni z filmu „Matnia” Romana Polańskiego (z 1966 roku) stał się nieoczekiwanie standardem jazzu i to w kreacji tak znamienitych amerykańskich muzyków, jak pianista Hank Jones i bandlider Oliver Nelson. Kompozycja „Cul-De-Sac” znalazła się na płycie „Happenings” zrealizowanej dla prestiżowej Impulse Records, gdzie nagrywał  wtedy także John Coltrane i Duke Ellington. Kompozycje Komedy nagrał zespół wybitnych muzyków: Ron Carter, Hank Jones, Clark Terry. Popularny aranżer Oliver Nelson przygotował opracowanie kompozycji Komedy a zespół Hanka Jonesa nagrał sesję w Nowym Jorku w październiku 1966 roku, którą zrealizował legendarny producent Bob Thiele. To był niezwykły i spektakularny debiut Krzysztofa Komedy na rynku amerykańskim. Choć „komedowska klęska urodzaju”  jest zdecydowanie domeną polskich twórców oraz wyrazem poszanowania, hołdu i zachwytu dla kompozycji wybitnego Poznaniaka, to już w repertuarze zagranicznych artystów trudno szukać komedowskich inspiracji. Zazwyczaj są to składanki realizowane przez polskich muzyków, np. trębacza Roberta Majewskiego wraz z Bobo Stensonem, Palle Danielsonem i Joey’em Barrone  na płycie „Me One And Only Love” lub „Jazz At Berlin Philharmonic” Leszka Możdżera, Michaela Wollny’ego oraz Iro Rantala. Odnalazłem także komedowskie kompozycje na płytach Joachima Kuhna („Beauty & Truth”), Michaela Naury („Country Children”), Duke’a Pearsona („I Don’t Care Who Knows It”), Larsa Danielssona i Paolo Fresu („Summerwind”) a nawet takich gigantów jazzu, takich  jak Charlie Byrd ( „The Great Byrd”) czy Zoots Sims  („Zoot At Ease”). Z pewnością ewenementem było włączenie do  repertuaru Radio String Quartet kilku kompozycji Komedy i premiera programu „Komeda & More” na festiwalu Ery Jazzu.

Światowa karierę zrobił Krzysztof Komeda – Trzciński zatem jako kompozytor muzyki filmowej.

Krzysztof Komeda-Trzciński napisał muzykę do ponad siedemdziesięciu  filmów : fabularnych, dokumentalnych oraz animowanych. Nim z muzyka jazzowego stał się uznanym kompozytorem muzyki filmowej upłynęło zaledwie kilka sezonów jego estradowej działalności ( od legendarnego Sekstetu Komedy po autorskie trio, kwartety i kwintety oraz kultowy album  „Astigmatic”). Swoją działalność kompozytorską rozpoczął od kompozycji stricte jazzowych, stąd też pierwsze ilustracje filmowe miały taki właśnie charakter. Komeda uważał, że jazz dobrze harmonizuje z atmosferą filmów o współczesnej tematyce i stwarza możliwości uzyskania szczególnej motoryki, zjawiska bardzo cennego dla podbudowy muzycznej pewnych sytuacji w filmie. Dość trudno określić, na czym polega magia oraz urok muzyki filmowej Krzysztofa Komedy. Powstało wiele analiz muzykologicznych, ale być może najważniejsza jest synteza upatrująca w jego kompozycjach szczególnej melodyjności zderzanej z ortodoksją klasycznego, nowoczesnego jazzu. Wariantowość interpretacji, nieograniczona improwizacja oraz emocja towarzysząca muzyce Komedy sama w sobie wyzwala obszary, jakie wykreować można także poza filmowym ekranem. Stąd też oczywista popularność  samodzielnych nagrań Komedy pojawiająca się w szerokiej, artystycznej przestrzeni oraz najróżniejszych stylistykach, brzmieniach i nastrojach. Sam Krzysztof Komeda podchodził do filmowej materii niezwykle pragmatycznie i z artystyczną rozwagą, Był doskonałym kompozytorem, zgrabnie wplatającym jazz w swoje filmowe, ilustracyjne pomysły. Za sukcesem muzyki Komedy stoją przede wszystkim brawurowe jazzowe interpretacje i muzycy tej klasy co Tomasz Stańko, Rune Carlson, Bernt Rosengren, Jan Ptaszyn Wróblewski czy Jerzy Milian. To oni zbudowali jazz Komedy ! Co ciekawe, zazwyczaj kiedy pojawia się nazwisko Komedy, natychmiast łączy się je z sukcesami filmów Polańskiego. Zawsze kiedy pada pytanie o polskiego jazzmana w USA, pojawia się  także nazwisko Krzysztofa Komedy, choć przecież jego kariera i zaszczyty związane były przede wszystkim z ilustracyjną, jazzową muzyką filmową. Natychmiast łączy się je z Romanem Polańskim, z  sukcesami Michała Urbaniaka i  Tomasz Stańko, ale także z – w Polsce zapomnianym –  Bronisławem Kaperem,  twórcą muzyki do ponad 150 filmów i pierwszym polskim laureatem Oscara, którego słynna kompozycja  „Invitation ” stała się wielkim standardem granym przez  najwybitniejszych jazzmanów. Choć żaden inny polski jazzman nie wywarł równie ogromnego wpływu na nowoczesną, polską, muzykę jazzową,  to kariera i uznanie przyszły w 1957 roku, gdy rozpoczęła się długoletnia współpraca Komedy z reżyserem Romanem Polańskim, dla którego skomponował muzykę do ponad 50 filmów. To był moment przełomowy w życiu i karierze Komedy. Kiedy w 1961 roku powstała muzyka do  filmu Polańskiego “Nóż w wodzie”,  obraz ten otworzył drogę do światowej kariery tak Polańskiemu, jak i Komedzie. W 1968 roku Krzysztof Komeda wyjechał do USA by pisać muzykę do nowego filmu Romana Polańskiego “Rosemary’s Baby”. Wielkim przebojem okazała się tytułowa ballada z filmu a sam film  przyniósł sławę obu Polakom. Dla Komedy, jako kompozytora muzyki filmowej, był to sygnał odejścia od klasycznego, nowoczesnego jazzu.

 Z Dionizym Piątkowskim  rozmawiała Paulina M.Wiśniewska © 2026

 

Dionizy Piątkowski