W przeogromnej, blisko trzytysięcznej, dyskografii kontrabasisty Rona Cartera, album „Sweet, Sweet Spirit” jest jedynym, który legendarny amerykański muzyk zrealizował z wielkim, osobistym oraz emocjonalnym odniesieniem. Sesja „Sweet Sweet Spirit” jest bowiem emocjonalnym hołdem dla matki Willie O. Carter i pod wieloma względami jest napięciem, które towarzyszy kontrabasiście przez dekady jego wielkiej kariery i wspanialej muzyki. Ron Carter – najsłynniejszy kontrabasista jazzu, współtwórca i muzyk legendarnych zespołów Milesa Davisa, Cannonballa Adderley’a, Herbiego Hancocka i Theloniusa Monka dysponuje oszałamiającą techniką, której nie nadużywa, koncentrując się przede wszystkim na pracy w sekcji rytmicznej, grając z precyzyjnym, motorycznym wyczuciem rytmu. Jest wymarzonym akompaniatorem śpiewaków oraz solistów. Teraz Maestro Ron Carter i czołowy, amerykański chórmistrz gospel Ricky Dillard prezentują wyjątkowy album, jakiego nigdy wcześniej nie było. „Sweet, Sweet Spirit” to nie tyko hołd dla zmarłej matki Rona Cartera i zestaw jej ulubionych hymnów, które łączą potężną historię muzyki gospel z kunsztownymi nutami i dopracowanymi liniami basowymi w jazzie, ale to także album, który wprowadza świat gospel do klubu jazzowego i na wielkie estrady.
Muzyka gospel to wołanie duszy czarnoskórych amerykańskich chrześcijan. Zrodzona wśród ludu wyrwanego z korzeni i zniewolonego, wyraża się w każdym krzyku, wrzasku i jęku słyszanym w kościele. Gospel ucieleśnia przetrwanie, ból i nadzieję – sposób na podniesienie na duchu, dodanie energii słuchaczom i niesienie otuchy. Dla wielu gospel to coś więcej niż gatunek. Jej ekspresyjne uwielbienie odzwierciedla drogę wspólnoty i przekazuje przesłanie wytrwałości: wezwanie do walki, które potwierdza przetrwanie i wzywa utracony dom. Z biegiem czasu ta głęboko zakorzeniona forma muzyki przeniosła się z wewnętrznego sanktuarium kościoła do głównego nurtu, wpływając na wiele gatunków muzycznych. Powiązanie religii z tradycją muzyczną jest oczywiste: w kulturze Afro-Amerykanów przybrało ono stopień szczególnie silny. Muzyka stała się impulsem tworzenia nowych form religijnej ekstazy, stworzyła nowe elementy w religijnej adoracji. „Negro Music”, zarówno ta w formie dewocji religijnej (spiritual), jak i w jej formie oficjalnej, pozakościelnej (gospel, work, slave, plantation, blues, folk-blues) stanowiła i stanowi nadal niezwykle ważny czynnik kształtowania świadomości narodowej, religijnej, kulturowej, społecznej, duchowej a nawet politycznej Czarnych Amerykanów. Według historyka jazzu J.E. Berendta „Jest w gospel song /zupełnie jak w bluesie/ wszystko to, co w życiu: wybory polityczne, drapacze chmur, pociągi i telefony. My Europejczycy, możemy uważać – z charakterystyczną dla nas wyższością – że to „naiwne”, kiedy ktoś wyraża w pieśni kościelnej życzenie, aby telefonicznie rozmawiać z Bogiem, albo pojechać wytwornym ekspresem do nieba”. Kościół Afroamerykanów od dawna jest kolebką muzyków: miejscem, gdzie można grać, eksperymentować i reagować: na wezwania pastora, żądania chóru czy gościnnego śpiewaka, oczekującego płynności w każdym hymnie kościelnym i swobody improwizacji.
Także hymny na płycie „Sweet, Sweet Spirit” mają niezależną i bogatą historię dla wspólnoty gospel. Wszystkie były co tydzień włączane w życie i rozwój muzyczny rodziny Carterów w kameralnej wspólnocie kościelnej w Detroit, do której uczęszczali. W kościele, który opierał się wyłącznie na głosach parafian jako instrumentach. Kiedy Willie O. Carter leżała w łóżku pod koniec życia, poprosiła syna, aby usiadł z nią i śpiewał hymny z dzieciństwa, aby podtrzymywać ją na duchu i w cierpieniu. Ron Carter natychmiast wrócił do domu i nagrał, jak komponuje partie basowe wplecione w hymny, aby jego matka mogła się nimi cieszyć w ostatnich tygodniach życia. Brzmienie albumu kształtowało się w jego umyśle przez całe życie. Jest to także hołd dla piękna chóru jako instrumentacji, instrumentacji wplecionej teraz w chór z basem w roli głównej. Kontrabas Rona Cartera jest kotwicą wszystkiego: czasem wyeksponowany, czasem stonowany. Płyta „Sweet, Sweet Spirit” świadczy również o jego niespożytej ciekawości twórczej: wcześniej czerpał inspiracje z gospel, ale dopiero teraz nagrał cały album hymnów, które ukształtowały jego dzieciństwo. „To szansa, aby sprawdzić, czy uda mi się znaleźć odpowiednią nutę basową lub rytm, aby brzmienie chóru zabrzmiało zupełnie inaczej” – komentuje Ron Carter.
Te hymny wykraczają poza ramy kościoła a dla Rona Cartera są aktami oddania. Tak postrzega sesje Ron Carter i Don Was (producent i szef Blue Note Records) Wizja Rona Cartera i Dona Wasa wymagała chóru i dyrygenta z umiejętnościami i duchem, by połączyć poruszającą i potężną historię muzyki gospel z mistrzowsko skomponowanymi liniami basowymi Rona Cartera. Wybór był tylko jeden: Ricky Dillard, który znakomicie połączył instrumentarium z muzyką gospel wielu pokoleń, ucieleśniając całe życie wspomnień pani Willie O. Carter. Bohaterami nagrania są nie tylko Ron Carter i Ricky Dillard, ale także chór New-G Choir (z solistami: pastorem Wendi Henderson Wyatt, Tim White, Jean i Marcus Baylor, Darnell White) oraz znakomici muzycy: Jermaine Morgan – Gitara, Quadrius Salters –fortepian, Timothy Mason – organy, Brent Eason – perkusja i Zeke Listenbee – instrumenty perkusyjne i Wurlitzer. Rezultat sesji oddaje bezpośredniość nabożeństwa w kościele afroamerykańskim. Już od otwierającego album utworu „Open My Eyes” – z oklaskami i poruszającym chórem – emanuje zbiorową energią. Ron Carter nazywa go „hybrydą jazzu i gospel”, a pod energetycznym kierunkiem Ricky’a Dillarda muzyka niesie przesłanie nadziei i wytrwałości. Teksty pieśni, takie jak „wszyscy będą tam szczęśliwi…” czy „pójdziemy ulicami chwały…” dają duchowe ukojenie. Deklaracja pastora „żyję, by żyć na nowo tam…”rozbrzmiewa, gdy z kongregacji wznosi się swobodna i emocjonalna forma uwielbienia. Wznoszący się wokal Jean Baylor w „Farther Along” śpiewającej „z czasem zrozumiemy to lepiej…” zapewnia transcendentny moment. To przejście od jednego nurtu do drugiego sięga co najmniej początku lat 50-tych; gitarzystka Sister Rosetta Tharpe płynnie poruszała się między tym, co święte, a tym, co świeckie, pomimo głośnego sprzeciwu niektórych przywódców kościelnych. Mary Lou Williams – jedna z najwybitniejszych pianistek, kompozytorek i aranżerek jazzu – na krótko porzuciła jazz po przejściu na katolicyzm, by powrócić dopiero, gdy duchowni i współwyznawcy, w tym Dizzy Gillespie, przypomnieli jej, że jej posługa toczy się przy fortepianie. Jej słynny album „The Black Christ of the Andes” z 1964 roku pozostaje kamieniem milowym w jazzowo-gospelowej fuzji, łącząc duchowe intencje z wirtuozerskim blaskiem. W jej interpretacji „It Ain’t Necessarily So” Gershwina i radosnego „Praise Be” słychać równą dawkę teologii i swingu.












