Michał Wilczyński – szef GAD Records – nie ustaje w poszukiwaniach archiwalnych i zagubionych nagrań, wspaniałych dokumentów naszej kultury. Katalog GAD Records mieni się takimi wydawnictwami a część z nich określana jest zazwyczaj jako sensacyjne odkrycia i premiery. Tak było z nieznanymi i dotąd nie publikowanymi koncertami Krzysztofa Komedy, tak jest z ogromnym archiwum Jerzego Miliana, Henryka Debicha, Henryka Kuźniaka, Andrzeja Korzyńskiego. Teraz w katalog GAD Records czyli w listę sensacyjnych i nigdy dotąd nie publikowanych nagrań wpisuje się koncert Polish Jazz Quartet zarejestrowany podczas festiwalu w jugosłowiańskim Bled w 1964 roku.
Działający w latach 60-tych legendarny kwartet Polish Jazz Quartet tworzyli ówcześni czołowi muzycy jazzowi: Andrzej Dąbrowski, Roman Dyląg (lub Juliusz Sandecki), Wojciech Karolak i Jan Ptaszyn-Wróblewski. Zespół działał w Polsce i Europie w latach 1964-68 i zostawił po sobie tylko jedną płytę „Polish Jazz Quartet” (w serii Polish Jazz vol. 3). Grupa powstała przez przypadek: muzycy kwartetu wchodzili bowiem w skład kwintetu Andrzeja Kurylewicza, zaproszonego na prestiżowy festiwal w Juan-les-Pins. Andrzej Kurylewicz nie dostał paszportu i reszta zespołu czyli pre-Polish Jazz Quartet pojechali do Francji sami. Odnieśli na słynnym festiwali spory sukces przekładający się zaproszeniami do europejskich klubów i festiwali. Polish Jazz Quartet już w momencie powstania stał się supergrupą: śpiewny ton saksofonu Jana Ptaszyna Wróblewskiego i pianistyczna finezja Wojciecha Karolaka łączyły się tutaj z doskonale swingującą sekcją rytmiczną, w której obok Andrzeja Dąbrowskiego pojawiło się kilku basistów. Kwartet Jana Ptaszyna Wróblewskiego i Wojciecha Karolaka (z perkusistą Andrzejem Dąbrowskim i basistą Juliuszem Sandeckim) w grudniu 1964 roku nagrał dla serii Polish Jazz doskonałą płytę. Muzycy odeszli od koncepcji grania nowoczesnych standardów amerykańskiego jazzu i poddali się kompozycjom Ptaszyna i Karolaka. Nagrania wydano na LP ( long-play w wersji monofonicznej) już w 1965 roku a sesja stała się wtedy forpocztą nowoczesnych brzmień polskiego jazzu. Jugoslovenski Festival Dżeza zaprosił popularny zespół na festiwalowa estradę, gdzie Polish Jazz Quartet przedstawił przekrojowy repertuar z charakterystycznym brzmieniem oraz elokwencją nowoczesnego, mainstreamowego jazzu. Znalazło się tu miejsce dla autorskich kompozycji Jana Ptaszyna Wróblewskiego („One Step Nearer You”) i Wojciecha Karolaka („Eight Plus Four”), adaptację opartą na „Helokania” Stanisława Hadyny, ale też znakomitą wersję „So What” Milesa Davisa. Program płyty „One Step Nearer” uzupełniają jeszcze dwa nagrania zaprezentowane tego samego wieczoru przez sekcję rytmiczną PJQ (Karolak, Sandecki, Dąbrowski) z zaprzyjaźnionym jugosłowiańskim gitarzystą, Igorem Čaplinskim. Oficyna GAD Records wydała już wcześniej album „Polish Jazz Quartet Meets Studio M-2” z nagraniami polskiego kwartetu zarejestrowanymi w latach 1964-66 w poszerzonym, big-bandowym składzie. To wyśmienity, swingujący jazz najwyższej klasy, ze zróżnicowanymi i błyskotliwymi kompozycjami Jana Ptaszyna Wróblewskiego i Wojciecha Karolaka oraz kilka ciekawych interpretacji przedwojennych szlagierów w jazzowych aranżacjach. Kwartetowi towarzyszyli wtedy muzycy radiowego Studia M-2 pod dyrekcją Bogusława Klimczuka.
Materiał sprzed ponad sześćdziesięciu lat został zremasterowany z oryginalnej, analogowej taśmy z archiwum RTV Slovenija. Poza znakomicie nagraniem koncertowym album ”One Step Nearer” zawiera booklet z historią kwartetu ze szczególnym uwzględnieniem wyprawy do Jugosławii oraz – także wcześniej nie prezentowane – zdjęcia Andrzeja Dąbrowskiego. Atmosferę tamtych lat oraz wspomnienia – w swej niepowtarzalnej, anegdotycznej narracji – tak wspomina Jan Ptaszyn Wróblewski: „W tamtych latach, jak chwyciło się coś za granicą oficjalnie, to kombinowało się też nad jakimiś ponadprogramowymi, czyli nieoficjalnymi koncertami. Po festiwalu w Bledzie załapaliśmy się w Splicie. Dokładnie w takiej knajpce, a wręcz restauracji Vinski Podrum. Występowaliśmy jako kwintet z gitarzystą Igorem Čaplinskim. Igor był już naszym kumplem z pobytu nad Adriatykiem trzy lata wcześniej. A knajpa stała nad samiuśkim morzem. Po schodkach złaziło się prosto do wody. Dzieliliśmy się w zespole na sportowców i byków. Sportowcy, czyli Andrzejek i Julo nie odpuszczali żadnemu wyzwaniu. Zwłaszcza Jędruś, który pływał, nurkował, coś chyba z harpunem nawet. Byki, czyli ja i Wojtek byczyliśmy się, to znaczy plackiem na piaseczek i brzuchem do góry. Julo natomiast starał się bykiem nie być, a sportowcem był takim amatorskim. No i pewnego dnia tak sobie po tych schodkach i siup do morza. Trochę popływał, gdy nagle rzucił się do brzegu jakby go stado rekinów napadło, wyskoczył z wody ciężko przerażony i zaczął dukać do Igora czy tu jakichś badań jądrowych się nie prowadzi. Jugosławia to był kraj przyjazny, ale nie bratni. Tito otoczył swe włości całunem tajemniczości, więc nic wiadomego do końca nie było. A akurat krótko było po kryzysie kubańskim, więc atom i strach o wielkich oczach każdemu jakoś tam pod czachę właził. Igor spokojnie odparł, że nic atomowego u nich się nie dzieje i zaciekawił czemu Julo w ogóle o tym wspomina. A ten na to: „Bo mi…… świecą!”. Na dowód uchylił kąpielówek, a stamtąd… uderzyła błękitna światłość jak promienie Czerenkowa. Wszystkim nam niemal serducha stanęły. A na to Igor: „A, to taki plankton. Świeci tu często”. Tak to zetknęliśmy się z jedną z największych atrakcji Adriatyku, czyli świecącym morzem. Co się przy tym strachu najedliśmy, to najedliśmy. Potem jednak, wspominając tą przygodę zawsze dostawaliśmy trzęsionki ze śmiechu. No bo w sumie jądrowo wypadło”. A tytułem uzupełnienia dodać wypada, że Juliusza Sandeckiego dopadły bruzdnice, które – w odruchu obronnym świecą.












