Zachwyt, entuzjazm oraz ogromna wiedza, jaką na temat polskiego, jazzowego „międzywojnia” posiada Krzysztof Karpiński jest imponująca. Wybitny prawnik (w przeszłości Prezes Sądu Najwyższego), pianista, entuzjasta i krytyk jazzowy jest już autorem monumentalnej publikacji „Był jazz. Krzyk jazz-bandu w międzywojennej Polsce” oraz biografii Mieczysława Kosza „Tylko smutek jest piękny”. Teraz sięga do archiwalnych dokumentów i z detektywistyczną skrupulatnością rekonstruuje nieznane dotąd losy Augusta Agbooli Browne’a – fordansera i perkusisty, prawdopodobnie jedynego czarnoskórego uczestnika Powstania Warszawskiego. „Czarnoskóry Fordanser w Warszawie”  to pierwsza biografia Augusta Agbooli Browne’a oraz  znakomita – pisana z werwą i pasją oraz z zachowaniem skrupulatności historyka i archiwisty – opowieść, w której nietuzinkowe losy bohatera splatają się z muzyką i historią Polski. To zaproszenie do świata przedwojennego polskiego jazzu, do kawiarnianych wnętrz wypełnionych jego dźwiękami, gdzie przy stolikach i na parkiecie tworzyły się małe i wielkie historie.

Puls tej muzyki towarzyszył zmianom społecznym i obyczajowym, inspirował, bowiem nurt muzyki jazzowej istniał w Polsce równolegle z innymi trendami muzyki rozrywkowej i zawsze wywierał na nie niezaprzeczalny wpływ. Jednak w latach dwudziestych ubiegłego wieku, a więc w momencie pojawienia się jazzu, wyraźniej uzewnętrznił się opór społeczeństwa polskiego wobec infiltracji tej muzyki Niechęć tę można było zaobserwować na wielu płaszczyznach: najważniejszymi z pewnością były te, które wynikały z funkcji estetycznej oraz muzycznej, jaką jazz począł pełnić na początku XX wieku. Koncepcje estetyczne „nowej muzyki” i „nowej” jazzowej kultury godziły w dotychczasowe tradycje, mentalność i obyczajowość słuchaczy, których percepcja estetyczna oparta była przecież na ściśle określonych, konwencjonalnych normach. Dla wielu odbiorców, zwłaszcza tych o tradycyjnym podejściu do nowocześniejszych form sztuki, jazz stał się więc trendem bezpardonowo łamiącym uświęcone kanony kultury muzycznej. Na takim tle kulturowym powstają pierwsze orkiestry, starające się prezentować repertuar trudniejszy i ambitniejszy. W zespołach tych grało wielu muzyków, dla których fascynacja nową, jazzową modą stała się swego rodzaju manifestacją własnej, indywidualnej drogi twórczej. Niestety, w znamienitej większości nie mieli oni specjalnej okazji do eksperymentów jazzowych w ramach własnych orkiestr tanecznych. Często nie zdawali sobie nawet sprawy z tego, że w ramach tanecznej konwencji swojej orkiestry) przemycają w muzyce elementy jazzu. Pierwszymi zwiastunami nowej epoki jazzowej w Polsce były więc całonocne jam sessions, odbywające się zazwyczaj w restauracjach i nocnych lokalach, gdzie muzycy po skończonej pracy grali jazz dla własnej przyjemności, satysfakcji i swoistej reklamy „nowej” muzyki. Gorącymi orędownikami byli  liderzy popularnych orkiestr tanecznych: Jerzy Petersburski, Zygmunt Krasiński, Artur i Henryk Goldowie, Henryk Wars oraz Fred „Melodysta”. Warto podkreślić, że Warszawa była wtedy pod względem muzycznym bardzo atrakcyjna. W 1934 roku w następstwie brunatnego szaleństwa w Niemczech, po pobiciu przez bojówkę SA, przyjechał z Berlina na dłuższy czas trębacz Ady Rosner wraz ze swoimi muzykami. Ich koncerty odbywały się w Palais de Danse przy Rymarskiej i w Esplanadzie przy Sienkiewicza. Był to też złoty okres pobliskiej Adrii. Popularnością cieszył się wspomniany niedawno Café Club na Nowym Świecie, gdzie debiutowała i przez dłuższy czas występowała słynna orkiestra saksofonisty Franciszka Witkowskiego, a później można było słuchać zespołów Artura Golda i Jerzego Petersburskiego. Atrakcją warszawskich lokali stał się także egzotyczny  perkusista i fordanser August Agboola Browne. Nie stał się gwiazdą pierwszych stron gazet, ale jego losy to fascynująca opowieść o polskiej gościnności, narodzinach rodzimego jazzu i utraconym świecie. Choć przybył z Nigerii, stolica Polski stała się jego domem.

„ Polskę polubił – pisze Krzysztof Karpiński. Podobała mu się i bardzo dobrze się tutaj czuł. Jego zaś lubili sąsiedzi. Utrzymywał z nimi kontakty. Był człowiekiem dobrze zorganizowanym. Jako miejsce do pracy wybrał Warszawę. Poza granice naszego kraju nie wyjeżdżał, nie był także w rodzinnej Nigerii. Z zamieszkałą tam rodziną nie korespondował i nie utrzymywał żadnych kontaktów, oni też nigdy go tutaj nie odwiedzali. Bardzo szybko się zaaklimatyzował, nauczył języka polskiego i zasymilował. Muzyka, a w szczególności doskonała umiejętność tańca ułatwiała mu kontakty także z kobietami. Z przyczyn oczywistych był rozpoznawalny. Wysoki, przystojny, uprzejmy i dobrze ubrany — podobno wyglądał świetnie. Natychmiast zanurzył się w nocnym życiu Warszawy. Lata trzydzieste to słynne bale mody w Bristolu, Hotelu Europejskim czy Instytucie Propagandy Sztuki (IPS) przy Królewskiej. Bywali tam ludzie kina i estrady: Zula Pogorzelska z Konradem Tomem, Fryderyk Jarossy ze Stefanią Górską, Kazimierz Krukowski, Marian Rentgen czy siostry Halamówny. Panowie znakomicie prezentowali się w garniturach podkreślających szczupłą sylwetkę. Nosili wówczas także kapelusze typu Borsalino czy Eden. Na ulicy w zasadzie nie pokazywali się bez nakrycia głowy. W odpowiedni asortyment zaopatrywano się między innymi w domu mody Bogusława Hersego przy Marszałkowskiej. August lubił i potrafił dobrze się ubierać, ale raczej nie brał udziału w owych balach, bo zostałby zapewne rozpoznany i prasa by go zauważyła”. Nigeryjczyk, który świetnie władał gwarą warszawską, do Polski trafił w 1922 roku. Występował jako perkusista jazzowy i fordanser w restauracjach i kawiarniach w stolicy oraz w Krakowie, a jego ślub z Polką przyciągnął uwagę ówczesnych mediów i tłumy ciekawskich. Jak wyglądało jego życie? Dlaczego wojenną zawieruchę spędził w Warszawie, a na emigrację do Londynu zdecydował się dopiero w latach pięćdziesiątych? O tym ze swadą opowiada Krzysztof Karpiński.

 

Dionizy Piątkowski