„Życie jest darem” to opowieść o Stanisławie Sojce – wybitnym muzyku, kompozytorze i wokaliście, którego twórczość od kilku  dekad porusza kolejne pokolenia. „Napisałam tę książkę – wyjaśnia Anna Gębalska – ponieważ od dawna podziwiam Stanisława Sojkę. Podziwiam jego głos, ale nie tylko głos rozumiany jako instrument. Podziwiam jego głos jako sposób bycia w świecie – nieoczywisty, osobny, rozpoznawalny po kilku dźwiękach, a jednocześnie nie zamknięty w jednej formule. Podziwiam artystę, który potrafi śpiewać standard jazzowy, pieśń wielkopostną, sonet Shakespeare’a, wiersz Miłosza, piosenkę Osieckiej i własny tekst tak, jakby za każdym razem chodziło o sprawę osobistą. Podziwiam tez człowieka, który nie uciekał od trudnych pytań o wiarę, winę, miłość, rodzinę, starzenie się, odpowiedzialność i śmierć. Nie był pomnikiem bez rysy. Był kimś ciekawszym. Był człowiekiem wielkiego talentu, ogromnej pracy i niespotykanej wrażliwości, który doskonale wiedział, że życie nie składa się wyłącznie ze szczęśliwych chwil”.

 Anna Gębalska przedstawia historię artysty w ciekawym szkicu „Opowieść of Stanisławie Sojce”: od dzieciństwa na Śląsku, przez jazzowe początki i największe sceny, po osobiste doświadczenia, które wpłynęły na jego życie i twórczość. Ważną częścią tej opowieści są wypowiedzi Stanisława Sojki („Stanisław Sojka o sprawach ważnych i nieważnych”) oraz  „Stanisław Sojka we wspomnieniach rodziny, przyjaciół i artystów”  – znanych postaci polskiej kultury. Obok m.in. Grażyny Auguścik, Justyny Steczkowskiej, Natalii Przybysz, Józefa Skrzeka, Krzysztofa Materny, Piotra Iwickiego, Krzesimira Dębskiego, Tomasza Tłuczkiewicza, Adama Nowaka, Czesława Bartkowskiego, Włodzimierza Nahornego i Muńka Staszczyka jest także moje wspomnienie.

Muzykę Staszka obserwowałem od lat 80., kiedy rodziła się dobra, polska szkoła jazzu, czyli absolwenci Akademii Muzycznej w Katowicach, Wydziału Jazzu, zespołu Sun Ship i Extra Ball. Pojawił się też Staszek Sojka. Zwrócił moją uwagę przede wszystkim innym podejściem do muzyki jazzowej, takim mocno swingowym. Jego głos był znakiem, że coś się w polskim jazzie będzie działo. Później spotykaliśmy się w przelocie, obserwując różne koncerty. Staszek Sojka w latach 80. dopiero wchodził na rynek, to nie była jeszcze polska gwiazda wokalistyki, jak już w latach 90., kiedy nagrał wiele niezłych płyt. Bliżej się poznaliśmy w połowie lat 90., w okolicach 1993 lub 1994 roku. W tamtym czasie w Poznaniu organizowaliśmy koncert tanisława Sojki w Teatrze Wielkim, bo wtedy takie sale zapraszały jazzowego wokalistę. Ambitna sztuka, prezentowana przez takiego wspaniałego artystę, dobrze się sprzedawała a Sojka miał aureolę gwiazdy muzyki. Mimo że był głównie wokalistą jazzowym, był postrzegany wśród publiczności dosyć szeroko, mocno jak Wodecki. Zawsze mi imponowało, że Staszek był artystą, który doskonale wyważał proporcję między tym, co rozrywkowe, w pozytywnym znaczeniu tego słowa, ludyczne  z doskonale prezentowaną sztuką wokalną: pojawiał się przecież  z ważnymi projektami jazzowymi. Koncerty i  płyty były bardzo różne, ale ten „jazzowy dzwoneczek” ciągle się pojawiał, a jego tembr głosu, podejście do estrady, do śpiewu, wreszcie podejście do publiczności, zjednywało mu wielu przyjaciół. Współpracowałem wtedy z ogólnopolskim tygodnikiem „Wprost” i jak pojawił się w Poznaniu Stanisław Sojka, zrobiłem z nim duży wywiad. Odbyłem bardzo serdeczną i bardzo długą rozmowę. Przypadliśmy sobie do gustu i po kilku minutach byliśmy już dobrymi kumplami. Opowiadaliśmy sobie o wszystkim. Starałem się wyciągnąć od niego głównie dykteryjki, jakie towarzyszyły jego karierze. Niestety, nie mogę odnaleźć tego wywiadu, a myślę, że wczesny „Wprost” nie jest zdigitalizowany. Tamten wywiad był na tyle ciekawy, że  nawet czytelnicy pisali listy do redakcji, dziękując za publikację. Ta nić, która między nami się wtedy  nawiązała, trwała przez wiele lat. Nie trzeba się spotykać z kimś co dwa tygodnie i pić kawę być blisko: spotykaliśmy się na tzw. trasie, w przelocie, czasami na 10 minut. Ściskaliśmy się i to były sytuacje, jakbyśmy się  dopiero co wczoraj rozstali. Myślę, że wynikało to z siły charakteru i serdeczności Staszka, które przenosił do relacji towarzyskich bardzo mocno. To się również przekładało na jego muzykę, śpiew. Bezwiednie budował estradową i muzyczną charyzmę. To nie była kalkulacja, że będę śpiewał i swingował, nie łapał się na tanie chwyty, na populizm estradowy. Zderzenie wielkiego artysty z normalnym, serdecznym człowiekiem było jak uderzenie młotem. Nagle się okazuje, że to taki brat- łata, który asymiluje się w najróżniejszych sytuacjach. Był duszą towarzystwa, ale był też bardzo precyzyjnie i profesjonalnie zorganizowany. Myślę tu o zawodzie, próbach, sytuacjach estradowych. Pamiętam, jak do opery przyjechaliśmy na próbę, to on nie pytał o catering lub nazwę fortepianu, ale czy instrument jest nastrojony. To pokazuje, że był osobą, która przyjechała nie tylko dać koncert, ale i zawsze chciała to robić na wysokim poziomie. W Częstochowie, jeszcze z Tie Breakiem, Staszek dawał z siebie wszystko. Można było zobaczyć, że dla niego muzyka, mocno improwizowana, momentalnie free jazzowa, była ogniem. Przepięknie się w tym wszystkim odnajdywał. Czasami się mówi, że artysta się zmusza i męczy, wychodząc na scenę.  Staszek wychodził swobodnie, siadał do fortepianu, czasami brał gitarę i śpiewał pięknie, jakby z kumplami  przy ognisku.

 Anna Gębicka:W jednym z wywiadów mówił Pan o „artystycznej elokwencji” Stanisława Sojki. Co Pan miał na myśli?

 Był niezwykle utalentowanym artystą, doskonałym muzykiem i kompozytorem.  W sensie artystycznym  był niezwykle rozległy: z jednej strony śpiewał przeboje (np. płyta „Acoustic”, którą w radio grałem latami), a z drugiej strony nagrywał piosenki swingowe, z big-bandami. Pięknie zaśpiewał Komedę, Potrafił zaśpiewać wszystko – czy to był „Tryptyk Rzymski”, czy „Sonety” Szekspira, piosenki Niemena… Śpiewał po swojemu. Kilka lat temu kupiłem płytę, którą Stanisław nagrał z jakimś afrykańskim piosenkarzem. Niebywałe, jak to można było piękne to zrobić! I to jest właśnie to, o czym mówiliśmy na samym początku – swoim serduchem artystycznym  cudownie to tworzył, „wchodził jak w masło”, nie było w nim  żadnej trwogi. Jak spojrzymy na takich artystów jak Staszek Sojka, to  słychać jak  poważnie traktują zawodową powinność. Choć Sojka podejmował przeróżne pomysły, to – co najważniejsze – zawsze tworzył coś niezwykłego i nieszablonowego. Był wielkim artystą.

 Wróćmy na chwilę do piosenki „Nim wstanie dzień” z muzyką Komedy i słowami Agnieszki Osieckiej. Pan Staszek ją wykonał i powiedział, że jest jedną z piękniejszych piosenek w historii. Długo musiał Pan go namawiać, żeby zainteresował się twórczością Komedy?

 Uwielbiam muzykę Krzysztofa Komedy i robię różne projekty związane z jego twórczością. Całkiem niedawno robiłem projekt z norweskim pianistą, którego namawiałem, żeby zagrał kilka kompozycji Komedy. Wysłałem mu nuty, nagrania, potem zrobiliśmy koncert w Poznaniu. Espen Eriksen włączył utwór Komedy do swojej płyty, która była przez kilkanaście tygodni numerem 1 w Tokio. Namawiałem także Sojkę i często powracało hasło „Komeda”. Na  jednej z płyt zaśpiewał „One Hundred Years”.  Wow, jak pięknie zrobił Komedę! Może mieliśmy nosa, ale to dowód, że Staszek mógłby nagrać całą płytę Komedy ale duży projekt Czas Komedy już nie udało się nam zrealizować.

Stanisław Sojka to był artysta, który nie schodził poniżej pewnego poziomu. Sam siebie określił mianem „wędrownego grajka”, który chce u odbiorców wzbudzić pozytywne emocje i dawać nadzieję. Czy Pan to odczuwał, słuchając jego muzyki?

 Staszek bawił się muzyką. Tutaj nie było niczego z artystycznego wyrachowania. To forma autentyczności jego   sztuki. Kiedy artysta wychodzi i śpiewa, zamyka oczy, jest poza światem, który go otacza i jednocześnie publiczność jest w tym świecie. Sojka nie chciał przekonywać tłumu do swojej koncepcji artystycznej: był wokalistą jazzowym, a nie popowym. Mógł śpiewać piękne, przebojowe piosenki , ale wybrał ścieżkę  trudną i  ambitną. Bo bycie wokalistą jazzowym jest naprawdę trudne. Mamy zakodowane, jako publiczność jazzowa, że jazz śpiewają głównie panie. Jak spojrzymy na świat wokalistów jazzowych w Polsce, to jest dzisiaj Janusz Szrom,  Wojciech Myrczek, Kuba Badach, legendarny Andrzej Dąbrowski. Wokalistek jazzowych jest już dużo więcej: od Anny Marii Jopek i Doroty Miskiewicz,  po Ewę Bem, Grażynę Auguścik i Urszulę Dudziak. Gdy Sojka rozpoczynał swoją karierę, był jednym z niewielu, ale bycie wokalistą jazzowym stworzyło mu ogromną przestrzeń stylistyczną, artystyczna i kreatywną. Warto także pamiętać, ze był dobrym pianistą i grał na skrzypcach swój charakterystyczny śpiew  perferkcyjnie połączył z muzyką jazzową.

Do jazzu trzeba dojrzeć? Jak się zmieniała ta dojrzałość u Sojki?

Sojka nie przechodził tu jakieś trudnej i skomplikowanej  drogi. bo w tym co robił był bardzo konsekwentny. Początkowo był to okres po  katowickiej Akademii oraz  fascynacja fusion-jazzem  Extra Ball Jarka Śmietany czy Sun Ship, potem była częstochowska formacja Tie Break  Ziuta Gralaka, w której  estetyce Staszek odnajdywał się też doskonale. Trudno powiedzieć, czy Sojka dochodził do jazzu etapami, bo wydaje mi się, że on miał bardzo dobre – jako wykształcony muzyk- podstawy od samego początku swojej kariery. Nigdy nie był śpiewakiem w zespole, nie był wokalistą, za którym stał akompaniujący mu zespół, ale od razu prezentował się jako  artysta śpiewający jazz. Ten jazz Sojki przez lata ewoluował, zmieniał się wraz z muzyką, by dość szybko Sojka odnalazł się w glorii wielkiego o popularnego artysty a z czasem  mentora  i legendy wokalistyki jazzowej. To wszystko trwało kilka dekad ! Moja żona poznała Staszka na jakimś obozie ZSMP w Chełmie Lubelskim w połowie lat 70-tych. Sojka przyjechał tam jako student szkoły muzycznej, grywał na gitarze i śpiewał przy ognisku. Takim był Stanisław Sojka, który powtarzał, że do jazzu trzeba dojrzeć, do emocjonalnego postrzegania tej estetyki i tej kultury. Z lubością słuchałem jego płyty nagranej ze szwedzkim big-bandem. Dla mnie to płyta, która konkuruje z Frankiem Sinatrą i dobrymi orkiestrami. Standardy jazzowe zostały tam zaśpiewane z taką lekkością, swingiem i poczuciem dobrej zabawy. Staszek wychodził, siadał przy fortepianie i po prostu sobie śpiewał, bez kombinowania. Szedł ścieżką obraną i świadomą. Przy ogromnej liczbie koncertów, jakie grał, nie był komercyjnym estradowcem, podchodził do muzyki w sposób ambitny, by każdy był uroczony magicznym koncertem i nagraniem.. Sojka nie zmuszał się do koncertu, wchodził na estradę i po prostu pięknie śpiewał.  Był naturszczykiem, bliższym  estradowej estetyce  do Ray’a Charlesa. Staszek Sojka był przez cały czas sobą, był w muzyce niezwykle prawdziwy i naturalny.

 

Dionizy Piątkowski